| Kino-starcie ;) „Avatar” vs “Nine” |
Bycie Testersem zobowiązuje, więc musiałam (mimo że tak naprawdę nie chciałam) pójść i przetestować nowe „długo wyczekiwane dzieło” Jamesa Camerona „Avatar”. Zadowolona nie jestem, bo to nie moje kino... „Kocham kino” niczym Grażyna Torbicka, ale nie kręci mnie fantasy! Nigdy nie kręciło! Nie gorączkuję się z powodu „nieziemskich scenariuszy” i „przekolorowanych” efektów specjalnych! Zdecydowanie bardziej wolę „przyziemne” produkcje, na które nie wydaje się 237 mln dolarów tylko znacznie! mniej! Nie muszę mieć na nosie okularów 3D, by poczuć się lepiej w kinowym fotelu w systemie Dolby Surround. Nie muszę sączyć półlitrowej dużej Coli i zajadać Popcornu (wolę nachosy ;). Jakoś nie przemawia do mnie ta cała wyimaginowana kraina nowej Cameronowskiej produkcji, ta fabuła oparta na kanwie bajeczKee (walka dobra ze złem i „potworowe” love story) i te dziwne, odstraszające wyglądem człekokształtne istoty. Nie wiadomo „kto” to, a jeszcze bardziej „co” to jest ów Avatar. Nawet zoologowie mieliby problem z identyfikacją gatunkową. Mnie osobiście, ci pokojowo usposobieni humanoidalni mieszkańcy dzikiej planety bardziej przypominają krzyżówkę człowieka z zebrą i szczurem… Te blado-biało-niebieskie prążKee, ten długi ogon, te odstające spiczaste uszy. Zaiste piękne trio! Nie ma co! I jeszcze te ich różnobarwne ptako-rumaKee zwane ikramami. Główni bohaterowie to istny plagiat filmowy, to postaci rodem z „Pocahontas”. Te warkocze, te ciemne rysy, te zachowania. Indianie w białej skórze… Twórców naprawdę poniosło i to nie raz. Za mocno puścili wodze wyobraźni. Ale może o to właśnie chodzi w tym filmie, o ciągłe „tworzenie więzi” z wszelkimi żyjącymi istotami, o ratowanie cywilizacji Na’avi, o zaskakiwanie oglądającego coraz to nowymi „bardziej wybuchowymi” i bardziej odrealnionymi i absurdalnymi efektami? Dla mnie… nuda.... Jednak entuzjaści fantastyKee będą usatysfakcjonowani. {youtubejw width="500" height="400"}aeh2KILn7O4{/youtubejw} Jeśli już naprawdę nie macie co robić przez trzy godziny, to nawet szydełkowanie uważam za ciekawsze zajęcie niż te fantastyczne inaczej wynalazKee Avatarowkie… A jeśli już ma być kino to owe kino-godziny lepiej przeznaczyć na „Nine”. Świetna, światowej sławy obsada, wyrazista gra aktorska, ciekawa reżyseria i choreografia. Lekki humor, wesoły angielski akcent z włoskim tonem w tle. I utwory zapadające w pamięć. Ta dynamika linii melodycznej lub jej świadome spowolnienie. Wciąż dzwoni mi w uszach jakże konkretne i pewne siebie „Be Italian! Be a singer” śpiewane przez Fergie. Ale to nie koniec „Dziewięciowych hitów”. Młoteczek, kowadełko i strzemiączko biją się, gdy imię głównego bohatera szeptane przez jego kobiety (Penelope Cruz, Nicole Kidman, Kate Hudson czy Marion Cotillard) uchodzi w przestrzeń. Słychać tylko Guido, Guido, Guido… A on biedny, nieogolony, tak nie-włosKee wciąż nie ma weny, nie wie, co ze sobą zrobić i uciekając przed światem, tłumem dziennikarzy i współpracowników, wypala kolejnego papierosa. Chłopina po prostu nie może ruszyć ze scenariuszem nowego filmu i ma kłopot, kaca moralnego, prawie depresję. Nie ma koncepcji na nowy film i nawet kobiety jego życia nie są już dla niego twórczą inspiracją. {youtubejw width="500" height="400"}2B2N_iRUJ7Y{/youtubejw} Nie chce byście odnieśli wrażenie, że „Nine” powalił mnie na kolana. Ale lekki przykurcz w kostkach mogłam dostać. Majstersztykiem w swojej klasie to ów film może nie jest, bo na pewno są lepsze produkcje, lepsze musicale (fachowcy wymienią tu chociażby inny film Roba Marshalla „Chicago” obsypany nagrodami od stóp do głów). Ale obejrzeć i posłuchać warto! Każdy preferuje „swoje kino” i każdy może się ze mną z zgodzić lub stanąć w opozycji do moich poglądów, nie mam nic przeciwko. Prowokacja może też być sztuką ;D I na tym można zbudować kolejną „super-produkcję”! I mimo że nie przepadam za musicalami, to na „Nine” poszłabym jeszcze raz, a na „Avatara” nie… Miłego (któregokolwiek) seansu! ;)
|
(0 głos)











