| W świecie cyrulicy, gdzie nic nie pojemajesz… |
Odnoszę wrażenie, że te magiczne literki czynią ukraińsko-krymską rzeczywistość jeszcze bardziej pogmatwaną i niezrozumiałą…Wiesiu z rurki jest autorem sformułowania, które na zawsze będzie mi się kojarzyć tylko z Krymem. Chodzi o niekonwencjonalny zwrot „jedwabiście”, który ze względu na swój uniwersalizm może być przymiotnikiem opisującym praktycznie wszystko :D A konkurencją dla Wiesiowego „jedwabiście” może być neologizm mojego autorstwa – „zajebiaszczoje”...korzenie iście prorosyjskie, a zwrot jakże na czasie! A wszystko to…Oryginalnie i inspirująco… Przygód ciekawych, oryginalnych, a nawet takich zakrawających na miano absurdu nie brakowało! Realia pobytu dość specyficzne, ale przez to jakże intrygujące ;D Inny klimat dało się wyczuć już na początku podróży, kiedy to przejeżdżaliśmy ukraińskimi kuszetkami z Przemyśla do Lwowa, gdy opuszczaliśmy „swój świat”. Najpierw „dziwne” wpuszczanie do pociągu…parami (przypomniały mi się zerówkowe wędrówki na stołówkę szkolną na drugie śniadanie), potem sprawdzanie dokumentów na granicy, weryfikacja komputerowa, czy przypadkiem nie jesteśmy poszukiwani listem gończym. Wypełnianie jakichś tajemniczych karteczek (grunt, że była wersja anglojęzyczna), ciągłe wizyty w przedziale umundurowanych jegomościów i notoryczne budzenie nie należały do przyjemnych, ale na pewno do nietuzinkowych. Z lwowskiego dworca kolejowego udaliśmy się marszrutką (tamtejsze autobusy, podobne do naszych dawnych „ogórków”) na lotnisko. Wczesny poranek witamy przy herbatce i własnych kanapkach w lotniskowym bufecie, co niektórzy zaczynali już degustację lokalnych piw. Potem już odprawa, która była…papierkowa! Tak, tak, aż się nie chce wierzyć, ale żadnego elektronicznego narzędzia nie uświadczysz! Mówisz nazwisko i na szczęście, dla bezpieczeństwa pokazujesz dowód, a fryzowana fikuśnie pani z czerwonymi paznokciami szuka pasażera w odręcznie przygotowanej liście, daje bilet, a tajemniczy pan zabiera bagaż i waży na niewidzialnej wadze… Scena rodem z komedii czy thrillera?! Sami wybierzcie…Potem pozostaje już tylko czekanie na samolot linii Wizzair, a żeby było śmieszniej, to tkwisz w prostokątnym pomieszczeniu, gdzie poza krzesłami nie ma żadnych atrakcji i dekoracji – czujesz się jak w zamknięciu! Lot do Symferopolu przyjemny i szybki, ale tu kolejna oryginalna niespodzianka! Taśma z bagażami na świeżym powietrzu ;D pełna awangarda! Wychodzisz z lotniska przez bramkę (jak na szkolnym podwórku) i już czyhają na ciebie panowie taksówkarze i busiarze, oferujący transport w każde miejsce, a przy tym śpiewający horrendalne sumy. Czują biznes i próbują wykorzystać naiwnych turystów z Zachodu. My jednak zwartą grupą skorzystaliśmy z usług śmiesznie taniej komunikacji miejskiej i „ogórkowym”, skrzypiącym autobusem udaliśmy się do centrum miasta. Pora na jakiś obiad - wreszcie! Polak głodny, Polak zły ;D Trafiliśmy do restauracji samoobsługowej (jak na tamtejsze warunki, to pełen exclusive!), a w tle element polskości – Stachursky na Vivie! Tutejsze, smakowite piwo pozwala skupić uwagę na czymś innym… Jednak zanim dotrzemy do celu – hostelu w Małym Mayaku, czeka nas jeszcze jeden, ostatni, etap podróży, a mianowicie tłuczenie się autobusem z Symferopolu przez Ałusztę i podwózka vanem przez krętę dróżki kurortu. Jesteśmy! Rozdysponowujemy między sobą pokoje i pora iść na plażę…betonową ;D kolejny oryginalny element krajobrazu! Mało tego, żeby się dostać nad morze, musieliśmy przedrzeć się przez plac budowy, przez tony piasku, sterty desek, drabin… Woda niezbyt ciepła, ale byli pośród nas śmiałkowie płci męskiej, którzy pływali. Na zwieńczenie dnia piffko i nocne Polaków rozmowy, które błogo układają do snu po długiej podróży. Voyage czas zacząć…Plan ogólnego krymskiego zwiedzania przedstawia się ciekawie, więc najwyższa pora rozpocząć turystyczną przygodę! Najpierw rozgrzewka, czyli niedzielny spacer wzdłuż Morza Czarnego w kierunku miasteczka-sanatorium, a potem już Ałuszta i jej niewątpliwie największa atrakcja, mocno akcentowana w przewodniku – na wpół ucięta baszta w otoczeniu biednych lepianek, bo ciężko nazwać je mieszkaniami. Znacznie lepiej prezentuje się cerkiew (warto wejść do środka) i nadmorska promenada z wesołym miasteczkiem. Ktoś wymyślił, by jechać pod wodospad Dżur-Dżur, czyli krymską Niagarę. Wszystko fajnie, ale owy inicjator nie doczytał, że to z miasteczka Sołnecznogorskoje, do którego dojechaliśmy jest jeszcze 8 km szybkiego marszu, a zmierzch zapada…Skończyło się więc na fotograficznej sesji na plaży przy zachodzie słońca. Zawsze można znaleźć rozwiązanie każdej sytuacji ;D Jest poniedziałek, pierwszy dzień września. Dzieci rozpoczynają rok szkolny, a my rozkręcamy na dobre nasze turystyczne pomysły! Wynajęliśmy autobus, już zdecydowanie bardziej komfortowy i cywilizowany niż miejskie „ogórki” i udajemy się do Sudaku. Szkoda tylko, że z powodu fatalnej jakości dróg, trasę o długości 80 km pokonaliśmy w 3,5 godziny! Rehabilitacją za te niedogodności były pyszne winogrona z przydrożnych dzikich plantacji oraz okazja, by podziwiać ruiny genueńskiej twierdzy w Sudaku i móc przebrać się w królewskie szaty. Na tronie zasiadł Tomcio, u jego stóp leżał długopióry paź Olek, a my z Anią, jak przystało na prawdziwe księżniczki, pozowałyśmy dumnie do zdjęć – niezły ubaw! Zawieszona nad morzem na stromych skałach twierdza w Sudaku, jest najlepiej zachowanym zabytkiem z czasów rozkwitu i ekspansji średniowiecznej Republiki Genueńskiej. Forteca została wzniesiona w latach 1381-1430. Podczas pożaru wzniesionego przez Turków wszyscy obrońcy zginęli, a do dziś zachowały się dwa ciągi murów z czternastoma basztami, meczet, ruiny kościoła, cysterna oraz fundamenty mieszkań. Drzewko szczęści...A czy słyszeliście kiedyś o „drzewku życzeń”? Nie jest to nic innego jak normalne drzewo, tyle że obklejone różnokolorowymi papierkami i szmatkami, które symbolizują życzenia. Zdziwienie turystów jest ogromne, ale chętnie praktykują ten zwyczaj. Wypowiadają w myślach swoje „wish”, przywiązują kawałek materiału do gałęzi i żywią nadzieję w spełnienie swych marzeń i planów. Jak widać, oryginalności mieszkańcom Krymu nie brakuje! Obowiązkowym punktem wycieczki do Sudaku jest także znajdujący się 7 km dalej, Nowy Świat, słynący ze niezwykłego piękna i produkcji jednego z najlepszych szampanów w Europie. Najpopularniejsza jest tutaj Carska Plaża z tajemniczymi grotami, finezyjnie wyrzeźbionymi skałami i lazurowymi zatoczkami, które zachęcają do kąpieli – nie bez powodu Mikołaj II zachwycał się magią tego miejsca. Koniecznie należy przejść się ścieżką Golicyna i zwiedzić grotę, w której zamierzchłej przeszłości przechowywano trunki w specjalnie do tego przygotowanej ścianie, a koncerty dawał tutaj słynny Fiodor Szalapin. Symbol Krymu…Czatyrdah Eskapada bez odrobiny hikingu nie jest w moim stylu, więc jak mogłabym nie wykorzystać faktu, że stacjonujemy w bliskim sąsiedztwie gór, a tym bardziej pasma Czatyrdahu! Obowiązkowo musiałam zdobyć tę górę-symbol, niejednokrotnie opiewaną w literaturze, jak choćby w sonetach naszego wieszcza narodowego, Adama Mickiewicza. Po trasie uformowały się dwa obozy – „jaskiniowcy” i „górale”, ale ja stanowczo wyrażam przynależność do ekipy górskiej. Wspinaczka była również dość oryginalna, jak większość elementów krymskiej rzeczywistości, bowiem oznakowanie szlaków w zasadzie nie istniało. Musieliśmy więc iść „na czuja”, a i opis trasy rodem z polskiego przewodnika również rzucał cień niepewności na całą tą wędrówkę niby w znane, a tak naprawdę w nieznane... Jednak dobre samopoczucie i pozytywne nastawienie połączone z wiarą w sukces nas nie opuszczało, toteż zdobycie góry było tylko kwestią czasu. Jesteśmy! Możemy szczytować ;D Wprawdzie widoki z wierzchołka Czatyrdahu były zupełnie inne niż te, jakich zwykłam doświadczać w Alpach czy Tatrach, ale góry to góry i nic nie zmieni faktu, że bosko jest być w zawieszeniu między niebem a skałą! Na horyzoncie rysowało się Morze Czarne, pośród drzew przebijała się kręta droga wiodąca do miast i wiosek, a u stóp naszych - strome ściany i przepaście. Jako że nigdy nie lubiłam i nie lubię wracać tą samą trasą, zdecydowaliśmy się na zejście drugą stroną zbocza. Mimo że mieliśmy mapę i jedyną osobę, Madzię vel Operetkę, która umiała czytać rosyjskie ślaczki, to i tak nasza wędrówka była wędrówką w nieznane ;D Zmysł orientacji prowadził nas jednak bezpieczną drogą! Wróciliśmy busem do Ałuszty, gdzie w ramach nagrody za nasz wielki spryt i górski sukces, zafundowaliśmy sobie iście regionalną obiadokolację. Wybór padł na restaurację, w której konsumpcja odbywa się w pozycji „po turecku”. Z menu wyszukaliśmy prawdziwy! barszcz ukraiński, bliny i lokalne piwo – poezja smaku! Dla zaakcentowania turystycznych owoców tego ciekawego dnia wznieśliśmy jeszcze toast zero-siódemką Nemiroffa i słodziutkim szampanem…total alko-mix ;D Jak nie trudno się domyśleć, w wybitnie wesołych nastrojach i co ważne, bezbłędnie (wszak nasza nawigacja nas nie zawodzi!) trafiliśmy do zakamuflowanego hostelu ku uciesze reszty uczestników krymskiego tripowania ;D Skalne Miasto i nie tylko…Nowy dzień, nowy cel! Dziś prawdziwe bogactwo atrakcji nasz czeka! Zaczynamy od zwiedzania klasztoru wykutego w skale – Uspienski Monastyr oraz Skalnego Miasta z VI wieku – Czufut-Kale (Żydowska Twierdza). Czego to człowiek nie jest w stanie stworzyć i wymyślić, wykorzystując przy tym moc natury?! Przyroda sama zatroszczyła się o to, aby miasto było nieprzystępne, ale wybudowane przez ludzi wały obronne i twierdze dodatkowo je wzmocniły. Miasto zamieszkiwali muzułmanie, chrześcijanie i Karaimi. Domy najczęściej były piętrowe, posiadały też balkony i okna, na podwórzu znajdowały się stodoły i szopy. Wszystkie te zabudowania otaczał wysoki mur kamienny. Piętro budynku wykorzystywano jako część mieszkalną, parter przeznaczono dla bydła, a w piwnicach przechowywano produkty żywnościowe. Spacer po tym kompleksie skalnym może skłonić do wielu przemyśleń. Czy my, tak bardzo nowocześni i ucywilizowani ludzie, poradzilibyśmy sobie w takich warunkach…ciekawe…Czas na wspólne analizy mieliśmy podczas lunchu – rosół z małymi pierożkami z mięsem (pielmieni). Spotkaliśmy wtedy pana Leona, Polaka, który od 57 lat żyje na Krymie. Wzruszyła nas jego smutna historia i zastanawialiśmy się jak człowiek jest w stanie przeżyć miesiąc za 280 hrywien, czyli 140 zł. Szok! W refleksyjnych nastrojach pojechaliśmy do Bakczysaraju, znanego jako sławna stolica chanatu krymskiego. Chcieliśmy zwiedzić Pałac Chanów uchodzący za symbol krymskiego Orientu. Kolorowe ogrody, bogate zdobienia wnętrz, ciekawie wystrojone sale, fontanny czy pomniki (m.in. Puszkina) przykuwały naszą uwagę. Nasyceni turystycznymi inspiracjami z niecierpliwością czekaliśmy na kolejny dzień, a żeby czas nadal płyną miło i przyjemnie, zażyliśmy morskich kąpieli, a wieczorem zorganizowaliśmy grilla. Razem z Weroniką, Anią i Tomkiem znaleźliśmy się w kręgu zainteresowań niejakiego Antona (typ przypominał mafiosa) i musieliśmy korzystać z jego rosyjskiej gościnności – kurica (cały kurczak z grilla) i wysokoprocentowy bimber… Miejsce ważnych wydarzeń…Czwartkowy poranek oznacza przeprowadzkę z Małego Mayaka do Bałakławy, gdzie przez najbliższe kilka dni będzie nasza baza wypadowa. Na trasie dzisiejszej wycieczki znajduje się jakże ważna z historyczno-politycznego punktu widzenia Jałta. Z naszą ukraińską panią przewodnik, której niestety prawie nikt nie rozumie, udajemy się na zwiedzanie miasta. Podziwianie kurortu rozpoczynamy od spaceru po portowy bulwarze, potem już tylko kolejne wzniosłe budynki, pomniki, wąskie uliczki i mnóstwo informacji, których nasze antyrosyjskie umysły nie są w stanie rozkodować. Pamiętam z liceum hasło „sztuka dla sztuki” i idealnie pasuje ono to tej sytuacji. Z tęsknotą wyniesioną z czasów podstawówki czekamy na hasło „czas wolny” i sformułowani w grupki rozbiegamy się w swoją stronę. Dobrze, że nie mamy dziecięcej manii kupowania wszystkiego na straganach ;D Ale na coś dla ochłody chyba każdy ma ochotę w ten upał! Zażycie morskiej kąpieli w jałtańskim kurorcie też jest w dobrym tonie. Kompletujemy się o umówionej godzinie w umówionym miejscu i przejeżdzamy do pobliskiej Liwadii, gdzie w dniach 4-11 lutego 1945 roku z udziałem przywódców koalicji antyhitlerowskiej (Roosvelt, Churchill, Stalin) odbyła się „niesławna” Konferencja Jałtańska. Jej decyzje były dla naszego kraju krzywdzące, gdyż Związek Radziecki otrzymał zwierzchnictwo nad Polską i jedną trzecią Niemiec, straciliśmy też wtedy Kresy Wschodnie. Z Pałacu Potockich kierujemy się w stronę architektonicznego symbolu Krymu - Jaskółczego Gniazda. Jest to nad wyraz piękny i niezwykle małych rozmiarów zamek zaprojektowany w neogotyckim stylu na zamówienie pewnego zamożnego barona. Wzniesiony został na stromej skale, o którą z hukiem rozbijają się wezbrane morskie fale. Każdy, kto kiedykolwiek widział tę nietuzinkową budowlę, wie dlaczego ten malutki zamek uchodzi za turystyczną wizytówkę Krymu. Co ciekawe, kupienie pocztówki na Krymie graniczy z istnym cudem, ale żeby było śmieszniej, jedyna, jaką udało mi się znaleźć i wysłać do Polski, przedstawiała właśnie Jaskółcze Gniazdo. Nieopodal, w równie malowniczej scenerii zlokalizowany jest Pałac Woroncowa w Ałupce. Zwrócona w stronę morza fasada pałacu utrzymana jest w stylu mauretańskim. Stojąc twarzą do głównego wejścia, można odnieść wrażenie, że sylwetka pałacu upodobnia się do konturów góry Aj-Petri, rysującej się w tle. Czy to tylko wzrokowe omamy czy tak jest naprawdę? Najlepiej przekonać się na własnej skórze. Warto też wybrać się na spacer po okolicznych ogrodach i parkach, gdyż są bardzo urokliwe. Na miłośników geologicznych inspiracji czeka Chaos, który jest naturalnym nagromadzeniem bloków skalnych zbudowanych z lakolitu (skała powstała w wyniku intruzji magmy). Po tym zastrzyku turystycznych wrażeń pora zarzucić kotwicę w nowym porcie! Jedziemy więc do Bałakławy i po szybkim showerze wyruszamy w miasto nocą. Degustacja szampana w portowej restauracji w doborowym towarzystwie to jest to!Marynarsko i „na japonka”…Koniec zorganizowanych wycieczek, teraz każdy działa na swoją rękę - piątek i sobota pozwolą nam więc wykazać się własną turystyczną inwencją! Ruszamy naszą ekipą (Vera, Ania, Gosia, Tomek, Wiesiu i ja) do Sewastopola pod ambitnym hasłem „w poszukiwaniu marynarzy i floty wojennej”. Z busa przesiadamy się do marszrutki i już jest klimatycznie – pani w kubraczku (fartuszek rodem z bazaru) sprzedaje bilety i pełni zarazem rolę „kanara”. Najwyraźniej musi budzić respekt śród swoich. Spacerujemy ulicami miasta, wzbogacamy karty pamięci w aparatach o kolejne pliki jpg, korzystamy z osiągnięć cywilizacji i pałaszujemy lody w Mc Donaldzie! Docieramy na plażę, oczywiście betonowa, bo takie są tu najpopularniejsze. Pływać nie będziemy, bo nie ma jak, ale rozkoszować się widokami zawsze można. Naszą szczególną uwagę przykuł pan ze stoiskiem z czapkami (marynarskie, wojskowe, lotnicze), mierzenia i zdjęć nie ma końca. Jednak wypadamy z tego transu i wraz z Weroniką postanawiamy oddzielić się od współtowarzyszy i wrócić do Bałakławy na lunch. Grunt, że umiemy pokazać palcem pozycję w menu, którą nam wczoraj przetłumaczono na język ojczysty i która nam tak posmakowała. Stawiamy znów na ziemniaczki po grecku, zupę rybną i piwo. W przypływie dumy i wiary we własne możliwości, decydujemy się na atak na pobliskie wzgórze z ruinami twierdzy zupełnie nową, opatentowaną przez nas metodą „na japonka” ;D Przygotowujemy się do sesji zdjęciowej w fantastycznej scenerii zachód słońca-wzgórze-klif-morze. Jak błogo jest odpłynąć i zapomnieć zupełnie o całym świecie! Srebrne plażowanie...Chillout sobotni oznacza pełen relax nad Morzem Czarnym na Srebrnej Plaży. Dostaliśmy się tam łódką, która wypływając z zatoki na otwarte morze, kieruje się ku Złotej i Srebrnej Plaży, zależnie od życzeń turysty. Prawdziwa beztroska – słońce nadaje koloryt naszej czarnomorskiej opaleniźnie, ciepła i czyta woda zachęca do kąpieli, a zachód słońca zaowocuje kolejnymi super fotografiami i wspomnieniami! Wieczorem czas na smakowitą i wytworną kolację, wszak są wśród nas tłumacze i trzeba skorzystać z tej sposobności. Stek francuski to dobra podkładka pod nocne Polaków rozmowy. Ta ostatnia noc „mokro” podsumowuje cały dziewięciodniowy pobyt na krymskiej ziemi! Nie przeraża nawet fakt, że będzie trzeba zerwać się o nieludzkiej porze, 4:30, by dostać się na lotnisko do Symferopolu, skąd lecimy do Lwowa, a co dalej? Dalej już na własną rękę i w tym też odkrywam smak przygody. Pędzący taxi-szofer dowozi nas na przejście graniczne w Medyce, gdzie pieszo wkraczamy na polską ziemię. Znów jesteśmy w innej, bo naszej, swojskiej rzeczywistości! Jednak wiemy, że pozytywnie będziemy wspominać wszelkie krymsko-ukraińskie przygody.
|
- Rezerwat Kadzielnia …
- Cesky weekend w Ostr…
- Śląsk w wielu odsłon…
- Pasmo Baraniej Góry
- Skandynawski pociąg …
(0 głos)











