| Napisany przez Kinga Gnaś-Sawczuk, z 27-02-2011 20:50 |
| Średnia ocena użytkownika |
(0 głos) |
|
| Opinie |
1345  |
|
|
|
Zima bez śniegu jest jak lato bez słońca… Zima bez nart czy desKee jest jak lato bez morza, jeziora czy rzeKee... Po prostu jedno bez drugiego nie istnieje! Taka dualistyczna kombinacja symbiotyczna ;) Jako Zagorzali Testersi poszliśmy na weekendowo-narciarcską testo-całość! ;) I w 3 dni przetestowaliśmy 7 stoków na południu Polski i w północnej Słowacji. Poszusowaliśmy na całego! Bo przecież trzeba korzystać z dobrego! ;)
Testing na całego Połowa lutego. Zima sobie z nami igra w najlepsze. Jest śnieg i nie ma śniegu. Mega odwilż i znów na minusie. Drugi turnus ferii się kończy, trzeci zaczyna. Krakusi i całe małopolskie prze
staje dominować w górach, a w zamian następuje Inwazja WarszaffKee... A my świadomie pośród niej! Balansowaliśmy na krawędzi zmiany turnusów i pośród hordy turystów-jeźdźców, bo to też trzeba przeżyć i przetestować ;) A że zdecydowaliśmy się z Kamem na intensywny testing Nowych Testerskich Zabawek, to nie ma przeproś… Każda pora musi być dobra! Świeży „śnieżny nabytek” – nartKee Voelkl’a (damsKee model Attiva i męsKee Unlimited AC) oraz butKee Rossignola Exalt i damskie Dalbello z diabelskim pazurem - dał nam podstawy do owocnych zimowych testów. No to ruszamy na stoKee testować życie i się! Od Beskidów po Pieniny Przygodę zaczęliśmy w sobotę od stoku w Koninkach, ale niestety już „na wejściu” spotkała nas niemiła niespodzianka – musieliśmy drałować z nartami w łapkach i z skorupo-butami na nogach od płatnego parkingu po zlodowaciałym żużlowo-kamienistym dróżko-podejściu. Nic sympatycznego ani sensownego… Kupiliśmy godzinny karnet i jednoosobowym zielonym krzesełkiem przypominających huśtawkę z lat dzieciństwa ruszyliśmy na samą górę. Bardzo długi i nużący wjazd
pośród drzew. Ponad 8 minut! Strata czasu na karnetach godzinowych! Weźcie to pod uwagę przy planowaniu szusowania! Ale to nie koniec zonków… Na trasie czekała na nas kolejna niesympatyczna niespodzianka. Bardzo zlodzony stok pochłaniał wiele ofiar nieprzyjemnych upadków… Trzeba było manewrować między „poległymi” i uważać na lodzie, by nie zasilić ich szeregów. Sama trasa była ciekawa, fajnie wyprofilowana, ale zupełnie nieprzygotowana. Zjechaliśmy jeszcze kilka razy i daliśmy sobie spokój. „Wyciąg schodowy” Niezadowoleni z tego testu postanowiliśmy zobaczyć, co na stoku w Lubomierzu piszczy. I co? Od-dźwięk podobny. Głos wewnętrzny i zewnętrzny brzmiał tak samo – jęk zawodu... Najpierw fatalne podejście pod wyciąg i do kas (zakup biletów odbywał się w karczmie). Po ostrych kamieniach przykrytych białym puchem i lodem. Przez sztucznie stworzone schody i wyślizgane drewniane poręcze. Dramat! Wyciąg jako tako pracował, a raczej był kontrolowany przez pana spikera, który raz po raz zwracał uwagę nar
ciarzom i deskarzom, że nie tak założyli orczyk (orczyk, który bardziej przypominał bumerang niż prawdziwy orczyk…), że mają się nie kręcić na wyciągu, że mają jechać równo, że mają zejść na bok, jeśli już niefortunnie wypieli się z orczyka w połowie wyciągu, że to, że tamto… Pan Megafon skutecznie zagłuszał radio i moje T-myśli. Upierdliwy był skądinąd. Gdy już dotarłam na sam początek stoku, to znów się rozczarowałam. Stok bardziej przypomniał schody i półKee niż sam stok, ale cóż… z minami niezadowolenia pojeździliśmy tam trochę. Chociaż i tak z tej całej pseudo-jazdy najbardziej ucieszył mnie koniec karnetu… A moje finalne T-spostrzeżenie o Koninkach i Lubomierzu było jedno. Zlodzone stoKee wymagają jeszcze dokładniejszego przygotowania. A dochodzenie do wyciągu po schodach, kamieniach i lodzie z całym ekwipunkiem, to jakaś „logistyczna porażka”, która umniejsza walory nawet dobrego stoku… Ponad… płaszczyzną ;) Koniec końców wylądowaliśmy noclegowo w Kluszkowcach i docelowo postanowiliśmy testować stoK
ee w Pieninach, bo Beskidy nas trochę do siebie zraziły... Na pierwszy ogień poszedł stok Polana Sosny w Niedzicy. Zaczęliśmy szusowanie od rana z chwilą uruchomienia najdłuższego wyciągu. 20 punktów za wjazd, niestety nie ma godzinowych karnetów, są tylko czasówKee-ramówKee albo pojedyncze wjazdy. Świeżo zratrakowany stok, dobry śnieg, ludzi mało, trasy sympatycznie się przeplatają, świetna panorama na Tatry, Pieniny, Trzy Korony, Jezioro Czorsztyńskie i Słowację. Słońce rumieni twarz! Relax w pełni! Total frajda przez kilka godzin! Energicznie! No to teraz pora na zmianę… kraju! SłowacKee wyskok na stok Testy nowego sprzętu odbywały się głównie w ojczyźnie, ale trzeba wyjść czasem poza konwenanse i zasady, wyskoczyć z ramek, złamać stereotypy… Ruszyliśmy zatem na „wypatrzon
y” ze stoku w Niedzicy słowacKee stok Eland w miejscowości Spiska Stara Vies. Leży sobie blisko, bo tuż za granicą Niedzica-Łysa nad Dunajcem, ale nie wiem, czemu nigdy wcześniej nie wiedziałam o jego istnieniu, a stok działa już od 2008 roku. I nic to, że nie mieliśmy przy sobie „złamanego euro centa”. To nie był żaden problem. Wystarczyło rozejrzeć się dokoła, wsłuchać w polsKee język i odkupić od rodaków kilka euro na kilka zjazdów... Ot taki kantor na świeżym powietrzu ;) Wzbogaceni o „odkupione” 6 euro zakupiliśmy karnet na 5 zjazdów dla każdego w promocyjnej cenie 3 euro za osobę. To się nazywa Interes Narciarskiego Życia. Szusowało się zaiste ciekawie, bo dość dynamicznie na 960-metrowej trasie i można było szaleć na krawędziach bądź lecieć bez opamiętania „na krechę”, podziwiając przy tym polsko-słowacką panoramę i dumnie prezentujący się szczyt Trzech Koron. Śnieg był ok, stok dobrze przygotowany i mimo że do dyspozycji był tylko jeden orczyk, to śmigał on bardzo sprawnie i szybko. Test in plus. Wracamy again do ojczyzny… i wracamy again do świetnego lokalu, wczoraj już przetestowanego ;) W głodomorrowym tempie pochłonęliśmy z Kamem pyszną strawę w góralskiej Restauracji Pasterniki w Krościenku. Placek po zbójnicku i kwaśnica na żeberku to moje obowiązkowe T-menu w górach. Wybornie! Palce lizać! Wieczorny szał Nadchodzi wieczorowa pora. Co dalej? A może Jaworki, bo Jaworki to nie tylko Wąwóz Homole. To też całkiem fajny i długi stok! Mieliśmy już testing huśtawkowych krzesełek, talerzykowych orczyków, orczyków bumerangów. To teraz wskakujemy level wyżej i będziemy podróżować kolejką krzesełkową dla dwóch istot. Zakupiliśmy karnet wieczorny (godz. 16-19 za całe 25 zł). Bardzo się taka opcja opłaca, bo praktycznie nie było ludzi i stok był cały dla nas! A że był należycie przygotowany i się szybko i radośnie szusowało, to już Jaworek zaleta niewątpliwa ;) Gwarancja dynamicznej jazdy za dnia i przy sztucznym oświetleniu do ostatniej sekundy przed zamknięciem stoku. Kluszkowcowy zawrót głowy
Niedzielne panoramy wróżyły zapowiedź ciekawych poniedziałkowych krajobrazów. I mimo że rozrastający się tłum amatorów białego szaleństwa na pewno nie spełniał tego warunku, bo żadną atrakcją ludziościsk nigdy nie był i nie jest, to pejzażowo było bardzo ciekawie. Prognostykiem na kolejny pasjonujący dzień Testerskiego Narto-Śmigania był najpierw stok w Kluszkowcach i panorama na ośnieżone Tatry, zlodzone Jezioro Czorsztyńskie i pagórkowate wsie. Zaczęliśmy więc po-śniadankowo od jednego z najbardziej popularnych polskich stoków i śmigaliśmy różnymi trasami wytyczonymi na Górze Wdżar w resorcie Czorsztyn-Ski w Kluszkowcach.
Unikając tłumów gawiedzi, obieraliśmy trasy najtrudniejsze, najpuściejsze ;) chcąc i w ten sposób przetestować swoje możliwości. Raz orczykiem, raz krzesełkiem. Na górę. I na dół. Znów na górę i znów na dół. Oszaleliśmy się! Ojeździliśmy! Alternatyw trasowych było wiele, a my dorzucaliśmy do tego worka też i swoje zjazdo-kombinacje. Trzy godzinKee śmigania strzeliły jak z bicza. A kropką nad „i” było się opalanie, buziek słońcem muskanie i panoram na okolicę podziwianie. NiespodzianKee na Palenicy Ostatnie narto-ostatKee i trzeba będzie zbierać się do grodu Kraka. Bo wszystko, co dobre ma swój kres… Nasze poniedziałkowe szaleństwa zakończyły się na Palenicy w Szczawnicy, gdzie Walentynkowo szusowaliśmy do ciemnej nocy. Karnet wieczorny (g.16-20.30 za 35 zł) podobnie jak w Jaworkach zdobył nasze największe uznanie, bo ludzi z każdą minutą jest coraz mniej, a frajdy z jazdy przybywa! No to szalejemy! Stok jest naprawdę fajny, bo długi, stromy, szeroKee i dynamiczny. Można się pozytywnie zmęczyć ostrą jazdą! Ale jego wadą jest podjeżdżanie pod wyciąg orczykowy na Szafranówce (no chyba że uświadomieni pierwszym razem będziemy pędzić diabelsko jak tylko zsiądziemy z krzesełka i w ten sposób szybko dostaniemy się pod bramKee wyciągu ;). No i to ciągłe, nużące podchodzenie przez mostek przerzucony nad Grajcarkiem… Ale nie można mieć wszystkiego. Dynamiczna jazda na Palenicy zamknęła narciarską T-historię pisaną na południu Polski i północy Słowacji. Bueno! Pieniny rulez chciałoby się powiedzieć po trzech dniach białego szaleństwa. Triduum Narciarskie w sympatycznym stylu dobiegło końca, ale w mej głowie już kipią kolejne T-pomysły w multi-wydaniu ;) Trzymajcie rękę na pulsie i miejcie oczy szeroko otwarte, a na pewno ich nie przegapicie! Spadną wraz ze śniegiem prosto ze słonecznego nieba! Copyright by Keenya
|