| Stolice obowiązkiem turysty |
Stolice to chyba najpopularniejsze miasta do zwiedzania ;) miasta, których nie zwykł omijać prawdziwy turysta podczas swej wizyty w danym państwie. Stolica potrafi dużo powiedzieć o kraju, jego mieszkańcach, obyczajach. Stolica to państwo w miniaturze. Stolica Madery, Funchal to zarazem największe miasto na wyspie. Kryje w sobie wiele atrakcji, ale nie sposób je wszystkie „okiełznać” w jeden dzionek. W tak krótkim czasie można tylko „skosztować” „stołecznej” przygody ;) A tak oto „ona” wyglądała! Owocowy zawrót głowyCo tu robić najpierw? Od czego wystartować? Skupiliśmy się więc na tym, co najważniejsze! I rozpoczęliśmy od wizyty na targu owocowo-rybnym. Wszyscy sprzedawcy serdecznie zapraszali nas do „owocowych degustacji”, bez pardonu, wkładając w dłoń mini-porcje soczystych owoców, zachęcając w ten sposób do zakupu właśnie u nich… Reklama dźwignią handlu! I wiedzą o tym najstarsi górale i sprzedawcy na Maderze ;) A jakie było nasze zdziwienie, gdy owi handlarze nie irytowali się brakiem sprzedaży i bezpiecznie pozwalali nam oddalić się od straganu w „owocowej euforio-ekstazie”... Trudno było się zdecydować, który spośród kilku rodzajów marakui jest najlepszy, która odmiana bananów najbardziej odpowiada naszemu podniebieniu i który sprzedawca zasługuje na obłaskawienie go „eurasami”. Ciężki to był orzech do zgryzienia! Ale to nie koniec spacerów po targu. Teraz druga część największego targowiska w Funchal – targ rybny. Bestialstwo, krew, ostre narzędzia… Sceny rodem z horroru! Brutalnie, na własne oczy, przekonaliśmy się, że rozmiary standardowego tuńczyka, zaklętego w małej puszeczce na sklepowej półce, dalekie są od naszych wyobrażeń. Bynajmniej nie jest on taki maluśKee jak sardynka. To gigant, to prawdziwa bestia! Patrzyliśmy z niedowierzaniem i szeroko otwartymi oczami i ustami, jak „tambylcy” porcjują ogromne kilkudziesięciokilogramowe tuńczyki specjalnymi nożo-siekierami...
Madeira winePóki co, zwartą autokarową ekipą, idziemy na spacer po mieście. Może śmiesznie to zabrzmi, ale ku pokrzepieniu serc i ducha zawitaliśmy do… winiarni „The Old Blandy Wine Lodge”. Rodzina Blady’s rozsławiła wyspę dzięki wino-trunku o nazwie Madeira tudzież Madera. Wyodrębniła cztery rodzaje wina – sercial (wytrawne), verdelho (półwytrawne) bual (idealne do deserów) i malmsey (najlepiej degustować je wraz z kawą). Smak Madery jest ciekawy, intrygujący i daleki od typowych win francuskich, bułgarskich czy chilijskich szczepów. Kompozycja zupełnie inna i niepowtarzalna. Rzekłabym, zaskakująca. Oczywiście bez degustacji i wino-zakupów się nie obyło. Dwa mini-kieliszKee wliczone są w cenę biletu do muzeum, zaszumiały co niektórym w głowach… Błogostan ich rozleniwił ;) Toboganem przez stolicę ;D Kolejny punkt programu to wizyta w Jardim Dos Loiros, największym ogrodzie botanicznym na wyspie. Miały być same roślinKee, a tymczasem na „dzień dobry” pięknie prężył się przed nami dumny biały! paw. Był też „klasyczny paw” w wersji wielokolorowej. Piszczące papugi, kanarKee, dostojne bażanty i inne skrzydlate stworzenia ukryte gdzieś pośród gęstwiny kwiatów, krzewów i drzew. Soczysta zieleń kipiała! Mnogość barw biła po oczach! W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy. Kaktusy, palmy i piękne strelicje („rajskie ptaki”) zapowiadały bogatą wędrówkę po parku. Ale na niebie widoczne były ciemne chmury, które uniemożliwiały dalszy spacer i robienie mocno realistycznych zdjęć. Szarość pogodowa zniekształcała obraz… Koniec końców, z najciemniejszej chmury spadł wielki! deszcz i nasza wycieczka skończyła się… w kawiarni na najdroższym deserze, jaki do tej pory jadłam. Za mini-ciasto biszkoptowo-budyniowe i kilka dorodnych truskawek zapłaciłam prawie 40 zł. Oj, raz się żyje! ;) Czas nas gonił. Dłużej już nie mogliśmy czekać na cudowne „zaprzestanie padania”. Mimo siąpiącego nieprzyjemnie deszczu pobiegliśmy do kolejKee, która „szklanymi wagonikami” wwiozła nas na sam szczyt wzgórza Monte, najwyższego w całym Funchal. WidoKee cudne… byłyby gdyby nie owa zlewa. Jednak w dobrych humorach dopedałowaliśmy do punktu, skąd startują sanKee zwane toboganami ;)
To nic innego jak wiklinowe wózKee, koszyKee dwuosobowe o specjalnych drewnianych płozach, napędzane siłą mięśni nóg dwóch jegomości ;) ubranych na granatowo-biało. Sprawnie przez nich sterowane mkną mocno „zakręconą” wąską asfaltową dróżką... Frajda byłaby jeszcze większa, gdyby ze względów bezpieczeństwa panowie nie musieli hamować swymi butami przypominającymi zamszowe „emu” o magicznych podeszwach. Zjazd toboganami zakończył zwiedzanie Funchal. Przemierzyliśmy więc maderską stolicę „z dołu na górę” i „z góry na dół”, ale była to tylko część ciekawostek, jakie skrywa w sobie największe miasto na wyspie. Z lekkim niedosytem, że nie wszystko widzieliśmy i z mocno przemoczonymi sandałkami wróciłam do hotelu, gdzie gorąca herbata okazała się świetną rozgrzewką. Dalsza część dnia, a w zasadzie wieczoru zapowiadała się gorąco ;) Pozytywne zmęczenie podczas energicznego eksplorowania najwyższych górek w okolicy i patrzenie na Machico z lotu ptaka podczas wysokich foto-skoków… Just jump! ;)
Copyrigt by Keenya
|
- W zakamarkach Skalny…
- Łemkowszczyzna o zap…
- Zejść z lawiną... bł…
- Niekonwencjonalny hi…
- Jeepem w Madero-niez…
(0 głos)










