| Slalomem pomiędzy mazurskimi jeziorami |
Marcowy sobotni poranek w Mikołajkach i pierwsza myśl po otwarciu oczu - pogoda spłatała figle, bo leje! Ale nic to! Przecież nie zostaniemy w czterech ścianach, tradycyjnie ruszamy q nowej T-przygodzie. Zamiast wyprawy na Podlasie i Kurpie postanowiliśmy zostać na Mazurach dzień dłużej. Przyjemność można przedłużać w nieskończoność! Zdecydowaliśmy się więc na NTDA - Nową Testerską Dyscyplinę Aktywnościową ;) i ochoczo uskutecznialiśmy autorską konkurencję zwaną „slalom pomiędzy mazurskimi jeziorami”. Let’s startStartem „jeziornego slalomu” były wspomniane Mikołajki z największym polskim jeziorem, Śniardwy. Mimo że w kalendarzu widnieje już końcówka marca, to „mazursKee gigant” skuty jest jeszcze lodem! Zacytuję tutaj pewną „żółtą” stację radiową – „to nie fikcja, to fakty”. Martwy sezon, brak turystów, cicho, pusto, żagle załopoczą dopiero z końcem kwietnia albo w long weekend majowy. W strugach deszczu opuszczamy „jachtowy kurort”, zostawiamy w tle Jezioro Śniardwy i Jezioro Mikołajskie, i kierujemy się w stronę Giżycka. Po lewej ręce mijamy drogowskaz na miejscowość Tałty z jeziorem o tej samej nazwie. Powtarzalność, co by było łatwiej zapamiętać ;) Miejscowość Szymonka jest mi dobrze znana, ten most też doskonale kojarzę – to tu znajduje się Kanał Szymoński, który, na złożonych żaglach, pokonywaliśmy w sierpniu 2009 roku, chcąc dostać się z Jeziora Jagodne przez Jezioro Szymoneckie do Jeziora Szymon. Ale dziś, „jeziorna kolejność” się nieco zmienia bo nie żeglujemy z północy na południe, a jedziemy z południa na północ… Tak na odwrót! Co by się monotonnie nie zrobiło ;) Jezioro Jagodne prowadzi nas do Jeziora Niegocin, a stąd już tylko krok do sympatycznej wiosKee Wilkasy i zacnego miasta Giżycko. Gwieździsta Twierdza Boyen, duuużaa Jednostka Wojskowa, kolorowy Rynek, kamienice, kościoły, sklepy, most obrotowy… Deja vu czy co?! Wszystko zdaje się być takie „pamięciowo świeże”, a od mazurskiego żeglowania minęło bagatela siedem miesięcy. Nieszablonowo i po-jeziornieNie będziemy przemierzać dróg głównych, chcemy tak nieszablonowo po-slalomować sobie po-jeziornie, więc wąską boczną dróżką kierujemy się z Giżycka do wsi Pieczarki. W oddali migocą wody Jeziora Kisajno (kiedyś, we wczesnym dzieciństwie, to nad tym jeziorem spędzało się mazurskie wakacje…). Dalej, po lewej ręce wody więcej! Widać Jezioro Dargin, a po prawej mieni się Jezioro Mamry. Zachowana jest pewna prawidłowość. Wszystkie jeziora skuwa jeszcze lód… Wędkarzy na przeręblach próżno szukać. Amatorów turystyKee wodnej też brak. Cicho i spokojnie. Jedziemy dalej, i zauważam, że trójkąt, który tworzą miejscowości Pieczarki, Pozedrze i Harsz oprócz jezior zdobi wiele lasów. Odkrywcze, nieprawdaż? ;D Zielono tu od drzew i niebiesko od jezior! Urokliwa polodowcowa, nierówna rzeźba to znaKee szczególne tego terenu. Malowniczo, relaxowo i bez-tłocznie! ;) Mazury zasługują na docenianie, na odkrywanie, na zachwyt… Cumujemy w SztynorcieDobijamy do portu ;) Pierwszą cumę rufową zarzucamy w Sztynorcie. Notabene, w sierpniu, podczas mazurskiego chilloutu jachtowego, to też był nasz pierwszy port. Historia lubi się powtarzać. Jednak dziś jest tu nad wyraz cicho i spokojnie. Deszcz i silny wiatr próbują nas zmusić do odwrotu, ale na próżno! Obowiązkowo muszę przespacerować się po porcie. Muszę zobaczyć, czy coś się zmieniło. A i owszem, moje testerskie oko zauważa, że jest nowa, pomalowana na zielono, keja (pomost, przy którym cumują = „parkują” łodzie). Jachty stoją jeszcze w rządku w alejkach, a nie na wodzie. Serwisanci przygotowują sprzęt na inaugurację sezonu żeglarskiego, ostatnie poprawKee, przegląd jachtów i można wypływać na wielkie wody ;)
Wilczy SzaniecWioskami, wioseczkami, dróżkami i pseudo-traktami w klimacie kocich łbów i istnych wertepów docieramy do wsi Gierłoż. Tu znajduje się Wilczy Szaniec. To tu, w gierłowskim lesie, w latach 1941–1944 mieściła się kwatera główna Adolfa Hitlera i Naczelnego Dowództwa Sił Zbrojnych. To tu, 20 lipca 1944 roku miał miejsce nieudany zamach na Hitlera. To tu, Hitler przebywał około 800 dni, od czerwca 1941 roku do listopada 1944 roku. To tu, znajduje się 70 schronów bojowych ze zbrojonego betonu o gigantycznie grubych stropach. To tu, Niemcy mieli swe schrony, elektrownię, kotłownię, szpital, a nawet stację kolejową i lotnisko. Wszystko świetnie zamaskowane, zaminowane, ogrodzone zasiekami, skrupulatnie chronione przez artylerię przeciwlotniczą i jednostki specjalne. Gierłoż i Wilczy Szaniec… Obie nazwy są bardzo rozpoznawalne w polskiej historii, niestety historii przesiąkniętej smutnymi wydarzeniami… Coś dla ciała, coś dla ducha…Jedynym, tak naprawdę „rzetelnie” odwiedzonym miejscem w Kętrzynie był zamek krzyżacki z XIV wieku. Ceglasty, z bramą wjazdową i dużym dziedzińcem. Na więcej przyjemności po prostu nie mieliśmy czasu. Ale obowiązkowo zakosztowaliśmy przedświątecznej atmosfery, testując zamkowe muzeum, w którym to mieściła się „wystawa dziecięcych radosnych wielkanocnych twórczości”, jak to wesoło określiliśmy. A teraz, pewna ciekawostka testerska - kętrzyński zamek krzyżacki połączony był podziemnym tunelem z miejscowym kościołem św. Jerzego, który też został wzniesiony w XIV wieku. Prawdziwe średniowieczne lochy! Jeszcze jeden jus - Bazylika św. Jerzego to najlepiej zachowany kościół obronny na Mazurach! Odbyliśmy współczesny spacer po miasteczku, mijając pomnik Wojciecha Kętrzyńskiego, któremu Kętrzyn zawdzięcza swą nazwę. Widzieliśmy Rynek, ratusz, kolorowe kamieniczKee, a jedna z nich zachęciła nas do szybkich smako-testów. Degustacji poddaliśmy zupę rybną i solankę, obie wyborne! Gorąco polecam Restaurację „Stara Kamienica”! Podniebienie urzeczone, ciało zaktywizowane spacerkiem, to teraz coś „dla ducha” by się zdało. Wycieczka do Sanktuarium Maryjne w Świętej Lipce będzie jak znalazł. Słynny zespół klasztorny oo. Jezuitów uważany jest za najpiękniejszy zabytek baroku w północnej Polsce! W fasadzie świątyni widnieje stylizowana kamienna lipa z figurą Matki Boskiej, stanowiąca symbol sanktuarium. Świętolipskie organy z XVIII wieku słyną z pięknego brzmienia, które zapewnia 40 głosów i 4965 piszczałek, z których najdłuższa ma aż 7 metrów. Święta Lipka to prawdziwa perła baroku, nazywana jest „świętą Wyspą Warmii” mimo że leży na terenie Mazur ;) Sanktuarium doskonale widać z głównej drogi, która to, wzdłuż „pielgrzymkowych” kapliczek, prowadzi nas do cudownego miasteczka Reszel. Artyzm na miarę czasówReszel. Tu chce się być! Tak bym mogła promować to warmińskie miasteczko położone na Pojezierzu Mrągowskim, nad rzeką Sajną, gdybym tylko pracowała w tutejszej sekcji promocji miasta. Klimatyczne wąskie uliczKee, stare kamienice, secesyjne domy, ceglany most gotycki z XIV wieku, zamek biskupów warmińskich, kościół Piotra i Pawła, klasycystyczny ratusz ze studnią, fragmenty murów obronnych. Długa lista atrakcji...
Cała prawda o Jurandzie ze SpychowaOpuszczamy Reszel, bo czas goni nas… Wracamy do „pielgrzymkowej” Świętej Lipki, potem wzdłuż kolejnych jezior dojeżdżamy do Mrągowa. Piknik Country czeka na swoje „pięć minut”, do lata jeszcze daleko, ale obrazy z wczoraj wracają jak bumerang! Turystyczne deja vu to nic innego jak tylko utrwalanie wojażowych przygód ;) Przez nieprzebrane lasy Puszczy Piskiej docieramy do Spychowa. Nazwa od razu rodzi skojarzenia z postacią Sienkiewiczowskiego Juranda. Nic bardziej mylnego! Już spieszę z wyjaśnieniami, o co kaman… Przed 1960 rokiem Spychowo nazywało się Pupy, ale nazwę (nad wyraz anatomiczną) zmieniono na wniosek mieszkańców. Dlatego też błędne jest wiązanie tej miejscowości z Jurandem ze Spychowa, chociaż trzeba powiedzieć, że pomysł przemianowania na Spychowo powstał właśnie w związku z powieścią „Krzyżacy”. Ale Sienkiewicz nie umieścił akcji swojej powieści w istniejących miejscowościach! I żeny wszystko było jasne, powieściowa miejscowość związana z Jurandem nosiła nazwę Spychów, a nie Spychowo… Diabeł tkwi w szczegółach? Tak! I gdzie diabeł nie może, tam babę pośle ;) Zostawiamy Warmię, zostawiamy Mazury i lądujemy na Kurpiach. Posilamy się tutejszą regionalną kuchnią w Zajeździe Tusinek w miejscowości Rozogi. Podsumowujemy multi relacje z dzisiejszej podróży pod kryptonimem „Pomiędzy jeziorami” i zajadamy się, testujemy… najpierw prawdziwy chleb ze smalcem, poezja! Potem grillowana wieprzowina z surówką z marchewKee i z ołatkami (coś na kształt placków ziemniaczanych, ale z gotowanych ziemniaków). A na deser testom poddajemy podpłomyki z żurawiną i jabłkiem. Pierwsza klasa! Teraz czas szukać noclegu, bo noc nadchodzi… A jutro rano trzeba wstać, bo Niedziela Palmowa w Łysych nie będzie na nas czekać. Tak sobie rozmyślam po-mazursko, po-jeziornie i dochodzę do wniosku, że Mazury to istny cud natury! Dzikość mazurskich jezior wywołuje w chcących ich ujarzmienia, głęboki respekt, a nawet obawę… Ten zakątek polskiej ziemi jest tak naturalny, tak autentyczny! I niech tak na zawsze już zostanie! Nie ingeruj/my w przyrodę! A idąc za słowami Ernsta Wiecherta, niemieckiego pisarza urodzonego na Mazurach, wierzę, że można „pierwotność świata zachować”, czego dowodem jest właśnie malownicza i nieskażona Kraina Tysiąca Jezior ;) Turystyczny Slalom Pomiędzy Jeziorami stanie się dyscypliną Testersów! Copyright by Keenya
|
(0 głos)












