| Roztocze o smaku pączków |
Dzień wolny od codziennych obowiązków natury zawodowo-prywatnej to w mym słowniku „dzień pełen podróży i testów”! Życzę i Wam, byście myśleli tymi samymi kategoriami, bo wojaże dają niesamowitą wolność, ogromną niezależność i wpuszczają tyle pozytywnej energii w serducho! Podczas każdego testerskiego tripowania aż kipię od nadmiaru endorfin! Poziom adrenaliny też niebezpiecznie wzrasta! A gdzie tym razem mnie pognało w te mrozy i o czym Wam chcę opowiedzieć? Otóż wykorzystałam lutową obecność w rodzinnych stronach i postanowiłam zawitać na Roztocze w tę prawdziwą śnieżnobiałą zimę A.D. 2010! ;) Oczywiście nie sama i nie małym japońskim wehikułem, lecz z Kamem i naszym gigantycznych rozmiarów Japończykiem z jakże przydatnym napędem 4x4. Bestia potrafi przecierać się przez bezdroża i dotrzeć tam, gdzie innym czterokołowcom nie jest dane nawet doturlać się… „Normalne” autka prędzej zakopią się w krainie białego puchu niż osiągną drogowy cel. A teraz już do rzeczy! ;) Po śniadanq wyruszyliśmy z sympatycznie od-śnieżonego LKR, specjalnie piszę od-śnieżonego, bo ulice Kraśnika nieustannie sprzątane są przez służby porządkowe występujące w odblaskowych kubraczkach z napisem „Czyste Miasto”. Szlachetna inicjatywa, której można tylko pozazdrościć… i skopiować ;) Warto podążać za kraśnickim „bezśnieżnym” przykładem! Z Kraśnika kierujemy się do Janowa Lubelskiego, zmieniając tablice rejestracyjne na LJA. Teraz chwila na małą dygresję ;) Dla miłośników szusowania na nartach i desce dobrą nowinę mam! Nieopodal Kraśnika i Janowa znajdują się trzy ciekawe stoki – Sulów, Batorz i Chrzanów. Polecam je przetestować! ;) Za-sypanie ;)Jedziemy dalej i wraz z kolejnymi kilometrami przychodzą mi do głowy różne myśli… Jedną z nich chętnie się z Wami podzielę. Z lekkim niedowierzaniem stwierdzam, że moja Lubelszczyzna jest bardziej zaśnieżona niż Małopolska. Meteorolodzy mają rację, mówiąc, że im dalej na północ, tym (ostatnio) jest więcej śniegu. Zupełnie wbrew prawo natury, bo przecież to w górach powinno być bardziej biało. Niewzruszeni tą anormalną sytuacją pogodową pędzimy dalej, kontrolując na cb radiu sytuację drogową. Asfalt jest miejscami czarny, a miejscami biały, bo wiatr nawiewa śnieg z okolicznych pól. Biały puch przemieszcza się w poprzek ulic, ucieka z jednego pola na drugie, od sąsiada do sąsiada, zwężając tym samym nasze piękne i jakże równe polskie drogi tylko! do jednego pasa! O zgrozo, tak, tak, jednego pasa i to w obu kierunkach… Załamka! Ale narzekania nic tu nie pomogą, drogowcy są bezradni wobec takich ekscesów pogodowych. Nie rezygnujemy ze swych pierwotnych postanowień i dzielnie podążamy dalej przed siebie! Mijamy miejscowość Dzwola. I kolejna myśl kołacze się w głowie mej. Moje neurony mają dziś pracowity dzień mimo że w kalendarzu spraw zaznaczyłam wyraźnie „wolne”! ;P A propos miejscowości Dzwola, to już mówię, co powiedzieć chciałam ;) Wiele turniejów wojewódzkich i powiatowych w tenisa stołowego się tutaj odbyło, odbywa i odbywać będzie. A co najważniejsze, nasze rodzinne Dzierzkowice też są prężnie działającym ośrodkiem w tym całym ping-pongowym światku ;) Duma lokalna rozrywa nasze serca? Nie, bez przesady. Ale radość jest, i owszem. A od kiedy pamiętam, ściągały do nas tłumy zawodników zmagających się o nobliwe tytuły Mistrza Województwa czy Mistrza Powiatu. Piłeczka błyskawicznie przeskakiwała z jednej strony stołu na drugą, rakietKee śmigały w powietrzu, set gonił set. Sama kiedyś trenowałam „pingla” ;) To były czasy! Ach, te zawody, treningi, zdrowa rywalizacja... To było życie ;) I na koniec jeszcze jedna sportowa nowina - „ping-pongowe lubelskie Ich Troje” dopełnia Łucka koło Lubartowa, która też jest swoistą Mekką dla tenisistów. Pączko-testy czas start!Spaliliśmy wirtualnie trochę kalorii, pora więc na pierwszy Tłusto-Czwartkowy Pączko-Test ;D
Koszmarna drogowa kondycjaWarunKee pogodowe każą nam jechać główną drogą. No dobra, to innym razem skorzystamy z malowniczego skrótu na Hedwiżyn, który i tak doprowadziłby nas do Zwierzyńca. Dziury w drogach nie zachęcają do jazdy w kierunku Biłgoraja. Uskuteczniamy slalom gigant między owymi dziurami, ironizując w duszy „niech żyją równe polskie drogi”. Infrastruktura drogowa to u nas na wysokim poziomie nie stoi… Wcale nie dziwią nas komentarze, jakie słychać na cb. Momentami „cenzuralne” to one nie są! Ale oddają całą prawdę o kondycji naszych dróg (chciałam napisać ”i autostrad”, ale w porę się zreflektowałam, bo tak mało mamy ich w Polsce…). U celuPrzejeżdżamy przez Biłgoraj – stolicę meblowej firmy Black Red White. Mijamy kolejną wizytówkę miasta – fabrykę firmy Ambra (nie tę „od butów”, lecz tę od szampana Dorato ;) Notabene należała ona kiedyś do samego posła Palikota, w czasach jak jeszcze posłem nie był. Zimowy pejzaż zdominowała tutaj kraina lasów, podobnie jak pod Janowem Lubelskim. Po kilku kilometrach jawi nam się Roztoczański Park Narodowy, powołany do życia w 1974 roku.
Testo-plany na wiosnęZimowa śniego-szosa prowadzi nas pośród wysokich choinek, których raz po raz spadają czapy śniegu! Przejeżdżamy obok zagrody Guciów – XIX-wiecznej chałupy i stodoły oraz XX-wiecznej obory, wpisanych do rejestru zabytków.
Jak na PodlasiuW ogólnym rozmarzeniu jedziemy dalej, a ja zamyślona i zapatrzona w ten sielsKee świat czuję się jak na Podlasiu. I tu, i tam jest tak bardzo klimatycznie. Tak spokojnie, błogo, sympatycznie. Te urokliwe krajobrazy, te łąKee, te pola, te lasy, te stawy. Te parterowe chaty drewniane i stojące przed nimi u płotu metalowe bańKee z mlekiem. Te regionalne specjały – miód roztoczańsKee, pstrąg roztoczańskie... I te uśmiechnięte, serdeczne twarze mieszkańców mijanych wiosek. Nie ma pośpiechu, dzikiej pogoni, ludziościsku. Tu można odetchnąć świeżym powietrzem, uwolnić myśli, poddać się prawom natury! ;) Uzupełnić zapasy energiiKrasnobród. Kolejny przystanek na mapie naszych dzisiejszych wojaży. „Krasny” oznacza piękny i faktycznie jest tu urokliwie. Miasteczko ożywa letnią porą, kiedy to nad zalew ściągają tłumy turystów. Ze wzgórza Pszczeliniec można udać się na niejedną wycieczkę po okolicy. Warto przespacerować się po Krasnobrodzkich Wąwozach albo uskutecznić kulig, jeśli mamy więcej czasu i swoją ekipę. A gdy poczujemy, że potrzeba nam energii, zachęcam do wizyty w restauracji „Kmiecic”, gdzie można rozgrzać się apetyczną zupką i nie tylko. Osobiście polecam francuską cebulową z serem i grzankami. Żołądek pracuje na ciepło, więc możemy zwiedzać dalej. Religijny aspekt naszej wędrówKee to Kalwaria Krasnobrodzka. Nie będziemy przemierzać całej Drogi Krzyżowej stacja po stacji, bo nie mamy na to czasu. W Muzeum Sztuki Sakralnej i Muzeum Wieńców Dożynkowych też już kiedyś byliśmy (oddzielnie), więc dziś się tam nie udamy. No i ze względu na warunKee czaso-pogodowe musimy też zrezygnować ze spaceru do kaplicy św. Rocha w rezerwacie leśnym o tej samej nazwie. Trudno… OstatKeePamiętamy, pamiętamy, że dziś jest kaloryczny Tłusty Czwartek, więc muszą być kolejne testy pączków! Idziemy do poleconego krasnobrodzkiego sklepu spożywczego „w podcieniach” i nabywamy dwa pączKee za kwotę 2,80 PLN. Ale jak się okazuje, nie są one tak dobre jak te zakupione we Frampolu… Krasnobrodzkie pączKee nie powalają smakiem. Nadzienie skąpe i na dodatek różane, lukru nie uświadczysz. Ogólnie słabo wypada w teście ta propozycja. Ciekawe, jakie pączko-rewelacje zaserwują nam inne miasta, bo testów nie zamierzamy jeszcze kończyć! Czas nas nagli, chcemy zdążyć przed szarówką. Niby do zmierzchu jeszcze daleko, ale przy takiej sytuacji meteoroliczno-drogowej nic pewnego. Przedzieramy się przez wiosKee różniste, a celem naszym jest Górecko Kościelne. Pięknie położone pośród lasów i nad czyściuteńką rzeką Szum. Elementem charakterystycznym w Górecku jest Sanktuarium św. Stanisława oraz drewniane stacje Drogi Krzyżowej usytuowane za kościołem. SielsKee klimat tego miejsca podkreślają dodatkowo stare, wiekowe drzewa, które uznano za pomniki przyrody. W Drugiej Kaplicy „Na Wodzie” zbudowanej w XIX wieku znajduje się zabytkowy ołtarz św. Stanisława, a na poddaszu mają swoje gniazda… nietoperze. SzybKee spacer w zaspach śniegu i udajemy się w drogę powrotną, mijając po drodze kilka miejscowości o dwuczłonowych nazwach Tereszpol-Kukiełki, Tereszpol-Zygmunty i Tereszpol-Zaorenty (nie mylić Tereszpola z Terespolem). Pączko-finiszWracamy praktycznie tą samą trasą, ale dodatnia temperatura i nieustanny ruch rozpuściła śnieg na drodze. Czarny asfalt prowadzi nas do Biłgoraja, zatrzymujemy się w miejscowej cukierni i nabywamy kolejne dwa pączKee. Te są naprawdę smaczne! Nadzienia tyle, że przy „solidnym gryzie” wypływa ono z pączka ;D Lukier słodkawy, ale w granicach rozsądku. Ciasto bardzo dobre, nie czuć grama tłuszczu! Usatysfakcjonowani frampolskimi, krasnobrodzkimi i biłgorajskimi pączkami postanawiamy przetestować jeszcze nasze kraśnickie u Golińskiej. Wreszcie są pączKee z kandyzowaną skórką pomarańczy na skruszonym lukrze! No! Środek też wygląda i smakuje prawidłowo. Nabywamy ich już znacznie więcej i udajemy się na wizytę do babci Jasi. A tu klops! Pączków babcinych brak. Co się stało, że nie ma nawet faworków? Zatroskanam! Ale honor rodziny ratują pączKee ofiarowane przez ciocię Teresę z Rybitw. No to testujemy! Pycha! Szacun 4ciocia! ;) Wyważone proporcje ciasta i „środka” sprawiają, że aż chce się jeść mimo że pączek to straszna bomba kaloryczna. Swojskie, domowej roboty pączKee smakują lepiej niż niejeden komercyjny pączek sklepowy! Jako Testers muszę skosztować pączków z mojego liceum! Teraz już naprawdę ostatniego jem… I wreszcie trafiam na takiego, jakiego lubię – pączek z budyniem! Bueno! Jak dla mnie, to bezapelacyjny zwycięzca! To swoisty biały kruk pośród wszystkich marmolado-różanych pączków. Wygrał, bo się wyróżnił! Bo był niepowtarzalny! Bo zwrócił moją uwagę finezją smaku i oryginalnością! Nie bądźmy jak wszystkie wystandaryzowane ogólnodostępne pączKee – bądźmy wyjątkowi! Bądźmy jedyni w swoim rodzaju! ;D Copyright by Keenya
|
- Na (Dziki) Zachód Ma…
- Madera wynurzona z b…
- Odkryj Kraków na now…
- Słoneczna Warmia i M…
- Finezyjne nazwy
(0 głos)











