| Od granicy po gór szczyty |
Może i zabrzmi to dość pompatycznie, ale eksplorowanie ojczyzny powinno stać się chlebem powszednim dla każdego rodaka! Nie może być tak, że „cudze chwalicie, swego nie znacie”! Niestety rzeczywistość bywa brutalna i ukazuje, że wciąż sporo racji w tym przysłowiu jest! Dlaczego nie poznajemy kraju swego na wskroś? Bo jakby łatwiej, chętniej i wygodniej odwiedzać nam sąsiadów czy bardziej odległe państwa?! Hmm… Problemy ze spaniem…Mówię „nie”! Kategorycznie nie zgadzam się na „niepoznawanie” ojczyzny! Przecież piękną Polskę mamy! I to na wyciągnięcie ręki! Wszystko pod nosem, tylko trzeba ten nos wychylić z domu… Dziś proponuję Wam wirtualną eskapadę po Dolnym Śląsku. Ogólnie bardzo udaną mimo że jej początek nie nastrajał nas zbyt optymistycznie… Wracając z „urodzinowego” Drezna, zdecydowaliśmy się na nocleg w Zgorzelcu. Jednak znalezienie jakiegokolwiek spania łatwe nie było. Jeden hotel straszył socrealistyczną bryłą i zamierzchłymi czasami. Standard taki, że krew mroziło w żyłach. Hello, przecież to nie Halloween! Z relacji Kama wynikało, że dawno nikt tu nie gościł, a był to obiekt polecany przez miejscowych i obsługę tutejszej stacji paliw. Interesujące! Podobno środek pokoju mógł kiedyś służyć za miejsce, w którym palono ogniska, bo ściany czarne były. Zaiste ciekawie się dzieje! Ale my podziękowaliśmy za takie „oryginalne” skądinąd warunki i szukaliśmy czegoś „lepszego”. Zgorzelec po godzinie 22 zbyt nastrojowo nie wyglądał, ulice opustoszałe i pozamykane, bo remontowane, wieczny plac budowy, znaki nakazujące objazd przez tajemnicze osiedla domków jednorodzinnych, ale nie traciliśmy wiary w „noclegowy sukces”. Koniec końców, udało się dotrzeć do innego „cywilizowanego” hotelu, który śmiało polecić możemy (Hotel Pawłowski się obiekt zwie). W czwartek rano podjęto nas apetycznym śniadankiem i najedzeni mieliśmy energię na kolejny TestersKee dzionek pełen wrażeń! Miastowe plądrowanieA więc zaczynamy! Na pierwszy ogień poszedł Lubań, miasto położone w malowniczej dolinie Kwisy otoczone bazaltowymi murami obronnymi z basztami. Rozbrajający jest widok monumentalnej Baszty Brackiej i niewielkiego słupa ogłoszeniowego usytuowanego w jej pobliżu. Frapujący kontrast! Maxi versus mini ;) Niewątpliwą atrakcją Lubania jest Rynek z renesansowym Ratuszem i Wieżą Kramarską pochodzącą z bagatela 1225 roku! Dziś znajduje się tam szereg butików zgrupowanych w Galerii Łużyckiej. Zakupów nie było, bo mój towarzysz zwolennikiem rundy po sklepach nie jest ;D Cóż więcej w Lubaniu zobaczyć można? A chociażby Wieżę Trynitarską, Dom Solny, czyli dawny spichlerz czy też Dom pod Okrętem. Używając języka żeglugi, stawiamy maszt i rozwijamy fok i grot i płyniemy do Lubomierza. Czas się tutaj najwyraźniej zatrzymał. Spokojne, urokliwe miasteczko jakby zapomniane… rozsławione przez kinematografię tętni życiem podczas festiwali i spotkań wszelakich.
Geologii łyk Jednak opuszczamy miasto Kargula i Pawlaka, bo geologiczny duch pcha mnie do Szwajcarii Lwóweckiej. A co to takiego spytasz Miły Czytelniq? Już spieszę z wyjaśnieniami. To wzgórze pełne ciekawych form powstałych w kredowych piaskowcu. Miejsce bardzo podobne do naszych Gór Stołowych czy Adrspaskich Skał w Czechach.
W poszukiwaniu strawy…Co teraz? Jedziemy do pobliskiego Lwówka Śląskiego, miasta z pięknie przyozdobionym Ratuszem dumnie wznoszącym się na Placu Wolności. I oto się zainspirowałam, bo na jednej ze ścian budynku wije się winorośl i aż się prosi, by ulokować w tym miejscu klimatyczną restaurację! Nasz niekonwencjonalny architektoniczno-gastronomiczny pomysł tylko potęguje głód, powoli atakujący żołądKee nasze. Mimo wszystko spacerujemy ochoczo po miasteczku, zwiedzając to i owo i rozglądając się za jedzeniem, rzecz jasna. Była Brama Bolesławiecka, była też wieża Bramy Lubańskiej i fortyfikacje miejskie, wyznaczające drogę do kościoła Wniebowzięcia NMP, w którym zamiast ogromnych okien mogłyby być witraże. Były kolorowe bloki w sercu miasta, bo ciężko nazwać te bryły kamienicami… Była skleroza, bo zapomnieliśmy, że musimy coś zjeść. Ale ta to już jest, jak wpadniemy w wir podróżowania. Potrzeby żywnościowe schodzą na dalszy plan… Ale, ale miłośnikom złocistego napoju bogów polecam wizytę w Browarze Lwówek Śląski 1209. W tym roku, 22 czerwca odbył się zacny Festiwal Browaru, atrakcji i płynów nie brakowało. My tu o piciu i jedzeniu, a głód doskwiera! Czas na am, droga przyjemna, prędkość zawyżona! Przypomniała mi się fizyka i zajęcia z kinematyki ;D gdzie S=V*T (droga=prędkość*czas) Miejscem gastro-zbawiennym miała być Złotoryja i była, tylko gorzej tu z jakimikolwiek lokalami. Przemierzyliśmy zabytkowy deptak wszerz i wzdłuż i nic! Jedyne gastro-miejsce w centrum to zielony grzybek. Zamawiamy, konsumujemy i nie żałujemy, więc polecamy, a zwłaszcza placek po zbójnicku! Unesco-obiektSfera profanum zaspokojona, teraz można uraczy sferę sacrum. Decydujemy się więc na wizytę w Jaworze, gdzie znajduje się Kościół Pokoju figurujący na Liście Unesco. Został wzniesiony w latach 1654-1655 na mocy porozumień traktatu westfalskiego, kończącego wojnę trzydziestoletnią. Zbudowano go przy użyciu drewna, słomy i gliny. Niby tak nietrwałe materiały, ale odpowiednio „zakonserwowane” mogą przetrwać wiele wieków! Ciekawostka dla podróżników - od maja do września odbywają się w Jaworze Koncerty Pokoju. Jak chodzi o samo miasteczko, to Jawor wydaje się nieco zapomniany i jakby niewykorzystany turystycznie, ale może to tylko nasze wrażenie? Rynek próbują przyozdabiać kamieniczKee z podcieniami i Ratusz, ale chyba jakoś do końca im się nie udaje. Brakuje czegoś… Lepszej promocji? Niewykluczone, że też. Ale na pewno władze miasta powinny pomyśleć o nowej płycie na Rynku, bo po tej, która jest teraz nie da się bezpiecznie spacerować. Wizyta w miejscowym „spożywczaku” była owocna w testy rozliczne. Oranżada „Klik” z zamknięciem na specjalny kapsel (niegdyś piwo Kelt w takiej wersji sprzedawano) i lokalne złociste trunKee z okolicznych browarów będą dbać o odpowiedni poziom płynów w naszych organizmach ;D Kraina MałyszaZmrok już dawno zapadł, wybiła godzina Telexpressu, przed nami 338 km do Wisły, więc „tankujemy czołga do pełna” i wskakujemy na A4 i pełną parą gnamy do „Adasiowej” Wisły. Niby dużo kilometrów przed nami, ale na autostradzie wcale się tego nie czuje. Mkniemy, a w mej głowie znów kłębi się pytanie, czego mamy tak mało „porządnych i szybkich” dróg w Polsce? Drodzy władcy ojczyzny naszej – pytam „dlaczego”? Rząd jednak pozostaje obojętny na nasze prośby. Jak zawsze zresztą… Zjeżdżamy na Tychy, Bielsko-Białą i przez Ustroń docieramy do Wisły. Tu, w „Małyszowej Krainie” o nocleg jest zdecydowanie łatwiej niż w Zgorzelcu ;D Lądujemy z telemarkiem, rozpakowujemy bagaże i upakowujemy wspomnienia minionych dni. Postanawiamy przewietrzyć szare komórKee podczas spaceru po centrum Wisły. W pobliskiej piekarni kupujemy ciepluśKee, świeżuśKee chlebuś z ziarnami i zanurzamy zęby w smaku dzieciństwa. Cóż nam teraz więcej do szczęścia potrzeba? ;)
|
- Odkryj Kraków na now…
- Słoneczna Warmia i M…
- Kurpiowska Niedziela…
- Finezyjne nazwy
- Roztocze o smaku pąc…
(0 głos)












