| Na (Dziki) Zachód Madery |
Mnogo-liczbowe piątkowe wycieczkowanie po Bliskim Wschodzie Madery przeistoczyło się w sobotnią kameralną kwartetową wyprawę na (Dziki) Zachód Madery ;) Czyżbyśmy w ciągu zaledwie dwóch dni mieli przemierzyć i zwiedzić całą wyspę? Ależ skąd! Ocean atrakcji dopiero rozpościerał się przed nami ;) Przypływ turystycznych doznań miał dopiero nadejść! Życie na fali… to jest to! Cliosem przed siebieSzybkie śniadanko i jeszcze szybsza akcja poszukiwawcza – próbujemy namierzyć wypożyczalnię samochodów w Machico. Udało się, znaleźliśmy, ale… zamkniętą, a godzina dziewiąta dawno już minęła na cyferblacie naszych polskich zegarków dostosowanych do obowiązującej tu strefy czasowej. Właściciela lokalu jak nie było tak nie ma. Czyżby nie zależało mu na rentowności prowadzonego biznesu? Ciężko stwierdzić. Nam jednak mocno zależy na czasie, więc nie będziemy tu stać w nieskończoność. Sprawnie organizujemy sobie autko przez hotelową recepcję. Dostarczono je nam z lotniska z typowym dla tego rejonu „nie-pośpiechem”. Spakowani pakujemy się w Cliosa w liczbie sztuk czterech - Trzech Muszkieterów i ja jedna ;) i rozpoczynamy auto-objazd zachodniej Madery. Połykamy kolejne kilometry, jadąc maderską autostradą (via rapida). Mijamy Santa Cruz i Funchal, by po chwili bardzo pokręconą i wijącą się ostro w górę, wąską drogą wspiąć się do wiosKee zwanej Curral das Freiras („Dolina Zakonnic”). Iście wulkaniczny krajobraz jawi się naszym oczętom, wioska położona jest dosłownie w kraterze wulkanu... Interesujące! Nie tylko z geologicznego punktu widzenia. Opuszczamy wysokość 633 m n.p.m. i docieramy wyżej, na 1095 m n.p.m. do Eira do Serrado – bardzo malowniczego punktu z przecudną panoramą na bardzo cudną okolicę ;) To dopiero drugi punkt programu, ale w planie mamy ich znacznie więcej, więc ruszamy w drogę, bo czas nagli! Potęga natury Setką zakrętów zjeżdżamy do peryferyjnych dzielnic maderskiej stolicy. Hamujemy przy tym silnikiem, znaczy się silniczkiem... Motor Cliosa warczy głośno, osiągając obroty rzędu 5-6 tysięcy na „dwójce”. Nie mamy innego wyjścia, musimy oszczędzać hamulce! Murgrabia wie, co robi. W końcu na nim spoczywa pełna odpowiedzialność za auto i współtowarzyszy wyprawy. W przypływie dobroci i turystycznej pasji dajemy ostygnąć hamulcom, pozostawiając nasz francuskie wehikuł na parkingu przy punkcie widokowym na Cabo Girao. Bosko tu!
Cabo Girao to najwyższy klif w Europie!! Wysokość 580 m robi wrażenie! Dreszczyk pozytywnych emocji może przebiec po całym ciele. Aż strach się nie bać ;) Ocean u naszych stóp, błękit nieba ponad głowami. Geologiczne inspiracje budzą w mej głowie nowe geoturustyczne testerskie wizje! Ale wszystko w swoim czasie! Póki co… serpentyny prowadzą nas do miasteczka Ribeira Brava. Pora lunchu się zbliża, ale nikt głodny nie jest! Wszyscy są spragnieni T-przygody ;D więc dla ochłody testujemy energo-dajne espresso, zimne napoje i orzeźwiające lody (bananowo-czekoladowe i pistacjowe biją inne na głowę). Ribeira Brava podobnie jak inne miejscowości w centralnej części wyspy mocno ucierpiała podczas powodzi w nocy z 19 na 20 lutego 2010 roku. Lawiny błota zrównały z ziemią wiele domów, zniszczyły drogi, zapełniły kanały odprowadzające, zmyły górskie zbocza… Jednak mieszkańcy wyspy wraz z finansową pomocą rządu szybko odbudowali zniszczone tereny. Determinacja i skuteczność działań godna podziwu! I już północ ;)Jeszcze chwilę temu byliśmy na południu, potem znaleźliśmy się w samym sercu wyspy zakotwiczonej na Atlantyku. A teraz błyskawicznie docieramy na północ wyspy. Szybka zmiana czasoprzestrzeni? Nie ma się czemu dziwić, w końcu szerokość Madery to zaledwie 22 km… „Dzień dobry” mówi nam sympatyczne miasteczko Sao Vicente. Kamienista plaża, która chyba nigdy się nie kończy i fale rozbryzgujące się o skały stanowią doskonałą scenerię do „pejzażówek” i „portretówek”. Kolejna lekcja fotografii w wykonaniu LukArta ;) Północne wybrzeże od Sao Vicente przez Seixal do Porto Moniz to jedna z najbardziej malowniczych części wyspy! Więc aparat raz po raz idzie w ruch. Wodospady spływające z górskich zboczy, skarpy dotykające fal Atlantyku, przepaść odgrodzona znakami drogowymi, mnogość tuneli wydrążonych w skałach – bueno!
Przymusowa zmiana planówZakrętów nigdy dość! Clios dzielnie wije się w górę ponad Porto Moniz. WidoKee bajeczne! Chcieliśmy jechać wzdłuż zachodniego wybrzeża jednak droga ta została zamknięta z uwagi na rozgrywający się rajd samochodowy. Ale nie ma tego złego… pojechaliśmy przez górzyste tereny centralnej Madery i raz po raz wyprzedzaliśmy oflagowane autka uczestniczące w rajdowych zmaganiach. Gęsta mgła spowiła góry, temperatura drastycznie spadła, a na szczytach wypasały się dzikie krowy... Nietuzinkowe obrazKee! Bardzo podrzędną drogą, na „jedynce” i z ryczącym silnikiem, zjechaliśmy do miejscowości Calheta słynącej z jedynej piaszczystej plaży na Maderze. Znów „pokręcona” wąska dróżka! Zakrętów na tej wyspie jest chyba więcej niż czegokolwiek?! ;) Browarna edukacjaOstatni przystanek dzisiejszej kwartetowej damsko-męskiej wycieczKee to miasteczko Ponta do Sol, które odtąd będzie mi się kojarzyć z piwo-edukacją w wykonaniu LukArta. DzięKee jednemu z mych trzech męskich towarzyszy ;) dane mi było dowiedzieć się, że istnieje sześć rodzajów piwa. Oto one: lager (większość, np. Tyskie, Żywiec), pilzner (Pilsner Urquell), weiss Bier (Pauller), bock (Koźlak), stout (Guinness), porter (Żywiec Porter). Każda wiedza jest na wagę złota. Nawet taka płynna ;) Posilona maderskimi tostami i łykiem ciemnego stout’a mogę podążać dalej, ale to już koniec… ale tylko na dziś! Pozytywnie zmęczoni po ośmiu godzinach intensywnej przygody wkraczamy w sobotni wieczór. Tarasowy relax pod gwieździstym niebem i niedzielo-wizje. Na niedzielę planuję błogi chillout na plaży i basenie hotelowym oraz zwiedzanie Machico. Ale jak się okazało dzionek poszerzył się o spontaniczne kibicowanie Benfice Lizbona i podziwianie lokalnego kolorytu. Miasteczko tętniło życiem nie tylko dzięKee piłkarskiemu sukcesowi, ale przede wszystkim z uwagi na uroczystości religijne związane z wizytą figury Matki Boskiej Fatimskiej w Machico. Ulice miasta zapełnione przez procesję wiernych i kulturalnych kibiców ubranych w barwy klubowe swych ulubionych drużyn. Na koniec przychodzi mi do głowy pewna niecodzienna refleksja. Dlaczego tu, na Maderze przemieszanie ideałów, kultur i wartości może przebiegać w atmosferze wzajemnej tolerancji i zrozumienia? A dlaczego Polakom wciąż jeszcze obce są takie braterskie zachowania? Szkoda, że nadal więcej nas dzieli niż łączy… Ale żeby zamknąć moją kolejną testerską relację pozytywnym akcentem, to szepnę słówko, że jutrzejsze „poszukiwanie skarbów” w wydaniu jeepowym będzie odbywać się pod kryptonimem „łączymy siły dla wspólnego sukcesu”. Hmm, zabrzmiało jak hasło wyborcze ;) Copyright by Keenya
|
- Zejść z lawiną... bł…
- Niekonwencjonalny hi…
- Jeepem w Madero-niez…
- Stolice obowiązkiem …
- Slalomem pomiędzy ma…
(0 głos)












