| Moje Greckie Wakacje... |
...miało być tak pięknie a wyszło jak zwykle. Miejsce do życia najlepsze na święta „któreśtam”. Jako człek kształcony geograficznie wszczepione i wyssane z mlekiem było mi zaiteresowanie swiatem i jego róznorodnością rozciągajacą się gdzieś dalej niż własne podwórko i trasa uporczywie pokonywana dnia każdego w korkach ustawicznych. Zaiteresowanie i chęci to jednak jedno a szare życie to zupełnie coś innego. Życie powiadają...podobno takie jest. Praca, Dzieci, praca ...ale przychodzą wakacje i kołaczące się pytanie ...no dobra ale co robimy...? Jak zawsze kombinacja Kiedy? Gdzie? Za ile? Karkołomne salto wpasowujące się pomiedzy wszelkie terminy, checi i marzenia ,kolorowe katalogi a zawsze za cienki portfel. No tak tylko jeszcze jedna poprawka „Dzieci!” tramping w stylu „dzieci kwiatów” nie wchodzi w grę. Kilka lat temu już przekląłem Bałtyk na dobre i naście wakacji spędzonych nad tym akwenem przypieczętowałem kilkoma niewybrednymi wyzwiskami i siarczystym splunieciem w zielonkawą a lodowatą toń naszego narodowego akwenu skąpanego standardowym letnim deszczem. Niech diabli wezmą ten „umiarkowany klimat” budzący zupełnie nieumiarkowane emocje. Czarci nadali ten Golfsztrom! Nigdy więcej miało być już wiele lat temu nie mniej zawsze jakoś z powodów różnych ...Pobierowo, Chałupy, Kołobrzeg.....i jak zwykle to samo...ehhh. Ale nadszedł rok 2009 dzieci już wyrosły ...chrzanić osławiony jod, wodę 10stopni C, tydzień deszczu, wciąż te same mrozone niebałtyckie ryby w barach i inne pseudoatrakcje. Przypadkowo zupełnie rzutem na taśmę padło Grecja...dobra jedziemy...kolebka cywilizacj, filozofii...Greka Zorby i Sitraki, mityczna kraina żywicznego wina i takie tam! Ostatni tydzień wakacji, jakieś tam miasteczko wieś badziej, Riwiera Olimpijska (na mapie sprawdziłem dopiero dzień przed wylotem), jakiś hotel, znane towarzystwo, inne dzieci niemoje ale szczęśliwie w podobnym wieku, pogoda zamówiona...damy radę. Dzieci zachwycone pierwszy raz samolot i kraj inny niż Słowacja. Podróż i tak o rząd wielkości krótsza niż nad Bałtyk nawet pomimo opóźnienia samolotu. Na miejscu po północy ...ach te czartery. Pierwsze wrażenie...Już pierwszy rzut oka z balkonu rano rozwiewa watpliwości co do kolebki cywilizacji, żadnych tam brodatych gości w togach czy też przechadzających się dostojnie pieknych jak Wenus z Milo półnagich greczynek, za to hotel niby po remoncie i tabuny rodaków oraz naszych przyjacół z wielkiego kraju na wschodzie, co zasadniczo dererminuje zarówno standard samgo budynku jak i jakość napotkanej tam obsługi z którą bez chwalebnych wyjątków można się dogadać w naszym ojczystym języku. No ale przecież nie po to przeleciałem pół europy żeby siedzieć w hotelowym niemal klimatyzowanym pokoju i oddawaniu się naszemu narodowemu sportowi „Narzekaniu”. Od razu poczułem zew Tonego Halika i przy najbliższej okazji zaordynowałem idziemy w miasto, cokolwiek to znaczy w przypadku miasteczka Leptokaria. No ale jest plaża na samej plaży knajpki pełne dopiero wieczorem, jest cos w rodzaju „krupówek” czyli głównej ulicy obsianej szczelnie barami, restauracjami, kawiarniami i przeróznymi skalepami oferującymi wszystko czego może zapragnąć turystyczna stonka słowem szwarc, mydło....i koszulki z Turcji z każdym logiem świata. Powyżej targ z owocami (te bankowo greckie) oraz innym dobrem pochodzenia rodzimego a zwłaszcza nie. W sumie jest klimat koloryt i folklor ....no prawdziwa Grecja pomyślałem. Do czasu! Czar prysł w momencie jak w jednej tawernie znalazłem menu po polsku a kelnerem też był polak a inny niepolak całkiem z polskim językiem sobie radził. Zgrozo! To po co ja dzieciakom głowę suszę że angileski przynajmniej znać powinny, bo się przydaje wszędzie na świecie...bo international lengłicz itd.Potem było już tylko gorzej. W hotelu 80 % obsługi to polacy, tzw. animation team w większości także ziomale...no co robić? Uciekać? Kiedy zapłacone i to w wersji All in...! Jako rodzic wiem jak ciężko zywić jest współczesną młodzież której do życia zasadnoczo potzebna jest jedynie cola i chipsy, ale zawsze człek liczy na to że się w końcu młodzież opamięta i przynajmniej zacznie poszukiwać innych smaków, innych niż mielony klasik, kotlet z kapustą i rosół z makaronem. Ziemniaki wszak, mleko z kartonu, płatki kukurydziane, masło irlandzkie, coca cola i biały chleb na całym swiecie są zasdaniczo takie same, biorac pod uwagę że stanowiły one główne, a licznie jedyne składniki menu mojego syna wywalanie kasy na All In jest absolutną i bolesną finansową porażką tym dotkliwszą że ogólnie i tak mało je. Kutrem na wyspę Skiatos...Podczas wędrówki jednak i pozytyw się znalazł. White Tower szumnie nazwana przybudówka w kolorze białym (zasadniczo jedynm kolorze elewacji w Grecji) okazała się kopalnią fakultatywnych wycieczek w dobrej cenie często o połowę niższych od tych hotelowych. Zarząd nad przybytkiem sprawuje wyjatkowo wyluzowany półkrwi polak władający chyba wszystkimi jezykami świata czego świadkami byliśmy już nastepnego wczesnego poranka zasiadłwszy w fotelach mającego lata świetności dawno za sobą autobusu wiozącego nas serpentynami do portu gdzie czekał już równie „klimatyczny” jak autobus statek płynacy na słynacą ze złotego pisaku, portowych tawern i plenerów do Mamma Mia wyspę Skiatos. Jeszcze tylko szybka kawka w tawernie prowadzonej przez niemca, pyszne drożdzówki w maleńkim sklepiku na brzegiem morza i płyniemy. Jak w filmie gruby, upocony kapitan z petem w ustach zdezelowany kuter, górny pokład, zimne piwko znanej śwatowej marki bez większej liczącej się konkurencji w kraju Homera i Pitagorasa, ryczące greckie hella-disco, delfiny, karmione z ręki w locie morskie ptaszyska, zorba i darmowe podłe winko (jeśli w barze na statku litrowa flaszka kosztuje 4 Euro trudno mieć pretensje o jakość) No wreszcie jest „klimat” a wydana kasa okazuje się wyjatkowo udaną inwestycją. Po bodaj 4 godzinach rejsu wywalili nas na plaży w pobliżu podobno najlepszego hotelu na wyspie. Ciasno, gorąco, duszno...ale piasek faktycznie złoty...no bardziej srebrnawy...w wodzie unoszą się drobinki (miki jak sadzę) robi wrażenie i zostaje na skórze po wylezieniu z morza. Zaokęrtowano nas ponownie tym razem już krótki rejsik i 2 godziny na zwiedzanie miasta. Mało stanowczo za mało bo tak naprawdę czasu starczyło na zjedzenie czegoś w pierwszej napotkanej restauracyjce nie będącej fast foodem i przelezienie kilku ulic. Kelner obrazony na cały świat włada głównie greckim więc samo zamówienie czegoś z poprawką na ustalenie czegoś jadalnego dla dzieci (wyjątkowo męczace zajęcie) w dodatku rozdzielenie wszystkiego na 3 zmiksowane przy stolikach rodziny...masakra. Za to miejscowe piwko ...mniam. Jest folklor na szczęście!Po dłuższym czasie i minieciu drugiego piwka podano nawet dokładnie to co zamawialiśmy. Kelner wściekły, nawet bez znajomości miejscowego narzecza można było stwierdzić co mówił, dzwoniąc do swojej jak i się później okazało szefowej. Za to mussaka i sałatka grecka, niewiedzieć czemu nazywana przez miejscowych kreteńską, pycha! Obżarci ledwo dotoczyliśmy się do portu na wskazaną godzinę, jeszcze tylko zapas piwka na drogę powrotną, kilka fotek przepięknych uliczek i portu i spokojnym leszczem wracamy na kontynent. Spełnieni, opaleni, zmęczeni w blasku zachodzącego nad górami słońca przybiliśmy do portu gdzie cierpliwie czekał ten sam autobus. Ach ta Riwiera Olimpijska...Cóż Riwiera Olimpijska nie bez, jak mu tam Kozery...Jest i Olimp (foto)wielkość poteguje bliskość morza...robi wrażenie, jest też oczywiście opcja na wejście ...hmmm tyle że trudno ekipę jakoś było zerbać. Był plan na Zosie Samosię bieremy auto z rent-e-karu, jedziemy dokąd się da i potem na butach...zacny plan, ale samemu jakoś było mi nie sporo. Ktoś tam, za dużą flachę wina kupił, ktoś tam nie spał nocy część bo disco ważniejsze (ruski DJ). Dla innych leżenie na plaży fajniejsze...Cóż trzeba się było wkomponować jakoś, wszak wypoczynek a nie praca syzyfowa. Więc poleżeliśmy w spokoju w przerwach między kartami „zboczonymi” (foto), żarciem, lekkim pijaństwem, odwiedzinami handlujących byle czym obywateli Bangladeszu, siatkówka plażową a piłką wodną w basenie. Przejęcie piłki przez zasiedzenie...Piłkę wodną uprawialiśmy najczęściej to też zasadniczo została nam ona przypisana na własność zarówno jako najwytrwalszym graczom a także jako organizatorom permanentnych rozgrywek międzynarodowych, bez kontuzji się nie obyło, do dziś boli mnie gdzieś w okolicy obojczyka. Straty w ludziach muszą być i honoru drużyny narodowej trzeba bronić. Tydzień jednak mija nieubłaganie a nieśmiała myśl, może by tak tydzień jeszcze, nie znajduje u Rozsądku poklasku....za dwa dni się szkoła zaczyna...ja jak ja, no ale riebionki moje nowe rozdanie gimnazjum i koniec zabawy w szkołę bo klasa już 4. Przemyślenia...Stary i głupi już jestem. Sam sobie wkręcam czasem skutecznie, że kiedyś jeszcze. Wiem przecież że, drugi raz tam już nie pojadę więc Meteory jak i Olimp diabli wzięli na dobre, pozostaje tylko pomarzyć, że kiedyś jeszcze, wszak wiem już gdzie, jak i za ile. Kompromis powie ktoś? Może. Świadomy wybór raczej przy założeniu że święty spokój droższy niż góra złota, to bardziej. Sęk jednak w tym, że jest co pamiętać i chyba o to chodzi przy okazji podróży wszelkiej, bo niby mały lecz ogromny, zmienny i ciekawy ten świat nawet bez domieszki adrenaliny. Szkada tylko Olimpu i Skiatos zwłaszcza Skiatos! Przynajmniej wiem bez zbędnych prób, gdzie mógłbym w ciemno zamieszkać definitywnie lub prawie, opuszczając krainę lodowatego morza i kotleta schabowego. No dobra będę wpadał gdzieś w okolicy świąt któryśtam, bo na pewno nie na świeta bo ich nie lubię i mam ku temu swoje uzasadnione powody.
|
- Anielsko-Diabelska S…
- Geologiczna odsłona …
- Łyk etnografii we Wd…
- W p(r)oeuropejskim u…
- W poszukiwaniu końca…
(0 głos)











