| Miejskimi środkami lokomocji do Polskiego Radia |
Zazwyczaj budzę się troszkę później niż z chwilą, gdy szóstka wybije z przodu na cyferblacie budzika mego... Zazwyczaj też korzystam ze swojego japońskiego wehikułu i obce są mi „zawodowe przejażdżKee” miejskimi środkami lokomocji… Ale przecież i takie „przygody” trzeba testować! Trzeba poczuć poranne korKee, spóźnienia, tłok w MPK, przejechać się pociągiem a nie samochodem z Krakowa do Warszawy. Trzeba, trzeba. A zatem ruszamy… w tę niecodzienną podróż do stolicy do Polskiego Radia, by o tripowaniu i testowaniu opowiadać ;) Poranne rytuałyWczesnym czwartkowym porankiem październikowym schodzę sobie energicznie osiedlowymi schodami, których stopień został tak szeroko zaprojektowany, że mimowolnie nasuwa mi się skojarzenie, że to schody dla Guliwera w siedmiomilowych butach… Świadomie, przed czasem ląduję na przystanku i obserwuję pewien rytuał. Każdy pasażer podchodzi pod biało-niebieską tabliczkę z rozkładem jazdy i mimo że tą linią o tej porze jeździ od zarania dziejów, to i tak przezornie upewnia się, czy aby na pewno „dobrą” godzinę pamięta „od zawsze”… Jestem jeszcze obserwatorem rytuału numer dwa – gorączkowe spoglądanie na zegarek i wewnętrzne pytanie „spóźni się ten autobus czy się nie spóźni…?” Spóźnił się, a jakże… i to całe 7 minut! Dla spieszących się istot to przecież wieczność! Testy w MPKPoddenerwowanie, a nawet wymowna irytacja, maluje się na twarzach współpasażerów. Teraz, gdy już jestem na pokładzie owej linii jadącej docelowo na dworzec główny, pora na kolejne testy… Ocena przestrzeni przypadającej na jednego pasażera – zbyt mało tych cm kwadratowych. Tłok gigantyczny. Temperatura rośnie proporcjonalnie do liczby pasażerów przybywających na każdym przystanku. Egzaltacja maturzystów jadących na wycieczkę w góry wypełnia cały autobus. Nikt już nie słyszy własnych myśli, może i dobrze, bo patrząc po twarzach moich współtowarzyszy doli i niedoli, mam dziwne wrażenie, że najchętniej sami przejęliby kontrolę nad kierownicą autobusu, eliminując przy okazji poszczególnych „szczególnych” pasażerów i wstrzymując ruch kołowy na innych pasach jezdni. Minuty mijają, ale nie kilometry! Trasy nie ubywa, a spóźnienie wynosi całe 12 minut! KorKee to na pewno syndrom wielkich miast, ale o wiele łatwiej jest w tej całej korkostradzie manewrować własnym mniejszym autkiem niż gigantycznym autobusem zatłoczonym nieprzyzwoicie i być zmuszonym do ciągłego zatrzymywania się na przystankach „usianych zbyt gęsto”. Wybaczcie, ale znów obstaję przy swoim i tylko w nadzwyczajnych sytuacjach, będąc do tego ewidentnie zmuszoną, zdecyduję się na autobusowe poranne wycieczKee. Przesiadam się do swego aut(k)o-świata, bo Today… Tomorrow… Testersi ;) Szynami, torami…Wysiadam (wreszcie) z biało-niebieskiego autobusu krakowskiego MPK i przesiadam się na PKP, a dokładniej na pociąg oflagowany jako Przewozy Regionalne - iterREGIO i będę testować nowe konkurencyjne cenowo i jakościowo pociągowe połączenie między Krakowem a Warszawą. Alternatywa dla InterCity. Pierwsze odczucia, pociągi w Polsce lubią się spóźniać i lubią być podstawiane zupełnie gdzie indziej niż obwieszcza to rozkład jazdy w Internecie – czytajcie tablice odjazdów i przyjazdów wnikliwie! Bo nigdzie nie pojedziecie, a już bynajmniej nie tam, gdzie chcecie… I to jest mój szyno-wehikuł. Wjazd na peron dostojny mimo kilku minut spóźnienia. Dobra, wybaczam, nadrobimy, mam nadzieję. Przedziały otwarte i… bardzo eleganckie. Komfortowo, wygodnie, czysto, a przed wszystkim szybko! Poczułam się pozytywnie zaskoczona, bo zawsze miałam niedosyt, niezbyt pozytywne doświadczenia, poczucie niskiego standardu i okrojonej kultury jazdy polską koleją. I zauważyłam, że z reguły omijałam ten środek lokomocji w ojczyźnie i chętniej korzystałam z pociągów zagranicą aniżeli z naszych rodzimych połączeń. A tu proszę… Warto? Warto! Kobiece torebKeePrawie jak włoskie pociągi TrenItalia. Deja vu? Wygodny fotel, słuchawKee na uszy i delikatne brzmienia fenomenalnej najnowszej płyty Sade. Mhh… Bueno! Melodyjnie miga mi krajobraz za oknem, melodyjnie jest w mej duszy, w końcu jadę opowiadać o Testersach, podróżach, pasji, Trójstykach, a wszystkie słowa pójdą w eter w Polskim Radiu, w Czwórce ;) Jadę, a w głowie znów trwa „neuronowa batalia” i jej „ofiary” umieszczam w postaci różnych słów, kombinowanych fraz, treścio-bogatych zdań na kartkach papieru, kartkach, które zawsze muszę mieć przy sobie, które leżakują w czeluściach mych przepasnych torebek. A wiecie, że kobieca torebka to jak mieszkanie?! Jest tam łazienka (kosmetyKee wszelakie), kuchnia (coś na ząb zawsze być musi w gotowości), salon (elegancja, prasa), korytarz (jakieś dodatKee z komody stojącej w przedpokoju zabrane tuż przed wyjściem). No jest wszystko, co być i nie być powinno ;) Ot my kobiety… Same dla siebie jesteśmy zagadką… Cel – nagranie!I nagle jestem na miejscu. I wysiadam w Warszawie Centralnej. I spaceruję na metro. I po lewej wyrasta monumentalny gmach, to oczywiście Pałac Kultury i Nauki, a w tyle gdzieś majaczy Mariott i Złote Tarasy. I jadę metrem na stację Wierzbno w kierunku Kabaty (aż jednej linii dorobiła się stolica). Przejazd krótKee, bo blisko jest owa Al. Niepodległości. I konsumuję lunch apetyczny w radiowym lokum. I o godzinie 14 nagranie w ramach audycji „Magazyn” prowadzonej przez Justynę Dżbik. I zaczynamy kolejną radiową przygodę! Fenomenalna atmo, beztroskie dialogi, Testerskie myśli w eterze, Trójstykowe opowieści o Polsce i sześciu spotkaniach z sąsiadami, tych Trójstykowych meetingach mniej lub bardziej bezpiecznych. Plany na Turystyczną Trójstykową Ekspansję na Zachód i Wschód Europy. Kolejne Crazy T-projekty. I tak gadamy sobie miło. Mogłybyśmy tak bez końca, ale nam nie pozwolą… I znów moje autorskie określenie „turystyczne ADHD” zostało kupione. Wcześniej, podczas nagrania dla telewizyjnej Dwójki, zwrot ten przypadł do gustu pisarce Małgorzacie Kalicińskiej, a teraz „spasował” dziennikarce radiowej Czwórki, Justynie Dżbik. Warto więc bawić się słowem i tworzyć neologizmy, i pisać, i mówić, i żyć! ;) Pozytywy vs negatywyNaładowana pozytywną energią i uradowana jak miś koala po eukaliptusie zdaję sobie sprawę, że już czas wracać do Krakowa i dalej pisać dla Was, tworzyć T-świat, budować nowe T-projekty, zarażać pozytywnymi T-wibracjami… Więc kupuję bilet na powrotną podróż, pozostając wierna ofercie Przewozów Regionalnych. Kwota 42 PLN to bardzo mało jak na wycieczkę Wawa-Krak liczącą 293km i trwającą ok.3 h, a dla porównania zdradzę Wam, że Intercity kosztuje jakieś 112 zł. Jednak ten pozytyw przesłania pewien negatyw. Spóźnienie… Ludziościsk i remonty to nie są moje ulubione elementy krajobrazu w miejscach publicznych. Dodatkowo, gdy przez te ciągłe prze-budowy, roz-budowy, od-budowy spóźnia się mój szyno-dyliżans, nie oczekuję po sobie emanowania huraoptymizmem. Jednak wytrwale i o dziwo cierpliwie, co domeną ADHDowca bynajmniej nie jest, czekam grzecznie, nasłuchując komunikatów dworcowych. I tak na różne komendy spacerujemy sobie gromadą pasażerów z peronu na peron, bo co chwilę zmieniają nam miejsce „podstawienia” spóźnionego o 25 minut pociągu expressowego… Najważniejsze, że przyjechał, że podróż minęła miło i sprawnie, że miłego towarzystwa dotrzymywał mi pewien sympatyczny dżentelmen, że Sade i inne chilloutowe klimaty brzmiały w mych uszach i że w duszy układały się słowa tej oto po-radiowej Trójstykowej lokomocyjnej T-relacji. Najważniejsze, że można robić w życiu, to co się kocha! To, co jest pasją! To, co nas inspiruje i pozytywnie nakręca każdego dnia (nawet jak musimy podnieść się z łóżka o niehumanitarnej porze, nawet jak wehikuły się spóźniają, nawet jak zmęczenie opanowuje całe ciało). Najważniejsze, że jest w nas pozytywna energia i chęci! Więc Testujcie i Tripujcie, bo świat jest dla Was! ;) Copyright by Keenya
|
(0 głos)











