| Jeepem w Madero-nieznane |
Poziom adrenalinKee musi się pozytywnie podnosić we krwi! Nie ma czasu na zastój i marazm! Musi być aktywnie, a nawet z pewną dozą ryzykanctwa! Tak podpowiadają mi moje nieposkromione szare komórKee. Owszem, wycieczKee autokarowe czy samochodowe po Maderze były, są i będą ok, ale znacznie większą dawkę energii i frajdę zagwarantowała spontaniczna off-roadowa przygoda jeepami po tajemniczych zakamarkach wyspy…
Zaczęło się niewinnie ;)Namiastką jeepowania było poniedziałkowe poszukiwanie składników regionalnego trunku zwanego „poncha”. Poszczególne produkty nektaru z %-ami i elementy niezbędne do jego przygotowania porozrzucane zostały „gdzieś” po wyspie, a naszym zadaniem było ich (jak najszybsze) znalezienie. „Gra na czas” albo innymi słowy „nie ma czasu do stracenia”! Ochoczo rozpoczęliśmy „akcję poszukiwawczą” ;) A szczególne gratulacje należą się Tomaszkowi, który z bystrością w oku niczym sokół i błyskawicznie niczym gepard wypatrywał pochowanych „skarbów”. Pilnujący nas maderscy przewodnicy byli pod wrażeniem szybkości, z jaką Tomaszek odnajdywał poszczególne gadżety. Ale żeby nie było, pozostała trójka (Marta, Pablo i ja) też miała co robić... Zajęliśmy się szeroko pojętą nawigacją, śledząc wnikliwie specjalnie przygotowaną mapę i dając cenne drogowo-off-roadowe wskazówki naszemu przystojnemu szoferowi, Miguelowi ;) Rewelacyjne wyczucie w przydzielaniu zadań zaowocowało, koniec końców, wygraną naszej drużyny czerwonej i nagrodą w postaci gigantycznych rozmiarów niebiańsko apetycznego szampana! Słodko-bąbelkowy smak zwycięstwa! ;) Stolica jeepo-przerywnikiemJuż w poniedziałek umówiliśmy się z Miguelem na prawdziwy off-road. Koniec języka za przewodnika! Okazji nie można marnować! Ale zanim nadeszła środa, to w kalendarzu pojawił się wtorek, dziwne? Chyba nie, przecież są to kolejno następujące po sobie „dniowe plany natury” ;) Wtorkowy dzionek spłynął na zwiedzaniu stolicy, Funchal, ale o tym w innym atri usłyszycie! Jeepem do wiosKee rybackiejNadejszła środa, dzień wyczekiwany, w off-road ubrany ;P Zwarci i gotowi, posileni śniadaniem, czekaliśmy na Miguela przed hotelem. Dziewiąta na tarczy i podjeżdża jeep. Cóż za punktualność ;) Ale gdzie nasz szofer?! Nie mam go… ObowiązKee go przytłoczyły i wysłał kolegę, zmiennika. W porządku, niech będzie, zawsze to okazja nawiązać nową znajomość z tubylcem, który też przydryfował na wyspę jakiś czas temu. Joe z Afryki zapala silnik i gonimy autostradą przed siebie. Przecinamy Funchal i docieramy do wiosKee rybackiej Camara de Lobos. Charakterystyczny zapach ryb unosi się w powietrzu. W końcu to port! Czym miałoby pachnieć – pizzą? Spokojna głowa, taką z krewetkami i tuńczykiem już testowałam w Machcio. Wzbogacona dodatkowo o szynkę, pietruszkę i śmietanę dawała niepowtarzalny i niecodzienny smak. Rewelacyjna była! Warto było zaryzykować! W Camara de Lobos rytm życia mieszkańców wyznaczają przypływające tu łódKee i kutry pełne różnorakich ryb. Mężczyźni brudni od stóp do głów czynią swoją powinność, patroszą, porcjują, suszą, wędzą, etc. Przetwórnia rybna na świeżym powietrzu ;) Ale dziwi mnie jedno, dlaczego tak trudno tu o owoce morza… zagadkowe! Świat u stópPrzystanek numer dwa to Cabo Girao, najwyższy klif w Europie. Ma bagatela 580 m wysokości. Nie trudno tu o „pozytywny zawrót głowy”. Mogłabym mieć tak wysoko położony taras ;) Widok do pozazdroszczenia!
Górskie krajobrazy W międzyczasie, gdy nasza szóstka oddawała się turystyczno-inżynieryjno-socjalnym przyjemnościom, Joe zdążył złożyć dach jeepa. Błękit nieba i biel chmur przeskakiwał nad naszymi głowami. Mijaliśmy miasteczka i wiosKee - Fontinhas ciepło przywitało nas. Droga robiła się coraz węższa i węższa, aż tu nagle asfalt się skończył i wjechaliśmy na trakt kamienisto-ziemisty i pięliśmy się q górze. Temperatura spadła, zaczęło wiać i lekko mżyć. Chmury zeszły nisko i przykryły okolicę, zasłaniając to, co w dole… ale tylko na chwilę. Zaraz pojawiły się przebłysKee słońca i… kilkadziesiąt krów innych niż te szwajcarskie Milki. Jak one się tutaj dostały?!
Herbatka wysokościowaJednak prędzej czy później trzeba zejść na ziemię i wrócić do rzeczywistości. Ale nie od razu ;) najpierw trzeba skosztować regionalizmu, bo testowanie folkloru w każdym odwiedzanym kraju to TestersKee Obowiązek! Zajechaliśmy więc do sympatycznego, lokalnego baru na maderski poczęstunek. Składał się on z typowego maderskiego piernika i herbatKee z limonką. HerbatKee innej niż wszystkie! Bo zaparzanej nie ze środkiem limonKee, a z jej skórką dwukolorową. Joe wiedział, gdzie nas zaprowadzić ;) Konsumpcja na plastikowych krzesełkach na zewnątrz była wskazana, bo nasze żołądKee zostały bardzo wytrzęsione podczas tej górskiej eskapady. Musieliśmy „coś” przegryźć, bo hotelowy obiad by nam nie wystarczył. Przekonaliśmy się maderska kuchnia może i jest ciekawa, i może smakować, ale niestosowanie przypraw i ziół skutecznie minimalizuje gastro-chęci… Dlatego też powstał plan, że dzisiejszy obiad zjemy „na mieście”. Ostatni, bardzo niekonwencjonalny punkt wycieczKee to półgodzinna przerwa na… zakupy w Funchal. Wszyscy, bez wyjątku, ruszyliśmy na sklepy w poszukiwaniu pamiątek, bo jak się okazało, bardzo mało czasu zostało nam na prezenty… Potwierdzono nam oficjalnie, że jutro jednak wylatujemy do ojczyzny, że przestrzeń powietrzna otwarta i że po dwóch dniach „odpoczynku” lotnisko wznowiło pracę. Czyli dane nam będzie „na czas” powrócić do polskiej obowiązkowo-przyjemnościowej rzeczywistości. Już upakowuję T-wspomnienia w walizKee i kreuję w głowie artykuły ;) Copyright by Keenya
|
(0 głos)












