| Fotojogging w samiuśkich Tatrach |
Czy można połączyć kilka możliwości na raz? Czy można zbulimizować frajdę? Czy można połączyć przyjemne z pożytecznym? Oczywiście! Takim rozwiązaniem jest… fotojogging, czyli nauka fotografowania wzbogacona o energiodajny jogging w samiuśkich Tatrach. Nowa tur-idea rozwijana przez entuzjastyczną grupkę młodych ludzi wymagała sprawdzenia. Jak wypadł plenerowy testing w górach? Bierzemy z Betinką kijKee nordicwalkingowe w dłoń, aparaty zarzucamy na ramię, emanujemy pozytywną energią i ruszamy q T-przygodzie! Do Zakopanego przybyłyśmy w piątkową noc, pedałując przez Niepołomice, gdzie obowiązkowo wpadłyśmy do pewnej restauracji na małym, ale klimatycznym, wyremontowanym Rynku na zupkę rakową i cebulową z ciągnącym się serem i grzankami. Zakopianka nie przysporzyła nam trudu, bo o dziwo ruch był niewielKee. Szybko zawitałyśmy w okolice Krupówek, bo tam miałyśmy swoją bazę noclegową. Porzuciłyśmy cały TestersKee Staff, chwyciłyśmy jedynie aparaty i wraz z „szefową Anią” i jej dwoma towarzyszkami zostałyśmy porwane … przez górala Marcina do zacnej limuzyny… czyli terenowo-ciężarówkowego wehikułu o wdzięcznej nazwie Bremach ;) Bordowa strzała zwracała uwagę wszystkich, tubylców i tambylców. Dotarliśmy do Karczmy Polany w Kościelisku i tam czekała już na nas silna męska ekipa pod wezwaniem. Przystojni górale będą nam dotrzymywać towarzystwa przez najbliższe trzy dni. Zdjęciowe wykłady czas zacząć… ISO, migawka, przesłona, czas naświetlania, balans bieli, etc. TajniKee fotografowania i swoje świetne dzieła pokazał nam Marcin Kin – nasz fotograficzny weekendowy guru. Pod czujnym okiem Szymona, mistrza kuchni nie mogliśmy pozostać głodni, a Bartosz i Marcin chodzili i rozśmieszali całe towarzystwo zabawnymi historiami. Atmosfera edukacyjno-relaxowo-góralska udzielała się wszystkim obecnym. I tak zeszło aż do rana, kiedy to brak ognia w kominku i delikatny śnieg – pierwszy jak dla mnie w tym roku, wygoniły nas do Zakopanego. Pora na błogi sen u stóp Giewontu. Hikingowy rozruchSobotni poranek oznaczał ponowną teleportację do Karczmy Polany, skąd już unosił się zapach pysznej jajecznicy na boczku i cebulce. Apetyt w górach dopisuje! Nie rozsiadaliśmy się zbyt długo, bo pierwsza fotojoggingowa wyprawa mobilizuje. Bartosz i Gucio jako nasi przewodnicy zabierają nas na Gronik, skąd wystartujemy. Najpierw wstępna rozgrzewka celem rozbudzenia organizmów uczestników. Gimnastyka zainaugurowana, więc kijKee do nordic walkingu w dłoń i go! ;) Aktywizacja różnych partii mięśni uskuteczniona. Rześkie powietrze wtłaczane jest energicznie do płuc. Oddychamy głęboko, machamy ochoczo kijkami i chłoniemy otaczające krajobrazy. Górskie widoKee to wędrówkowy rarytas. Czy mogę tu przezimować? Spragniona gór nie mogę nasycic się świeżym powietrzem wolności i bezkresem przestrzeni. Foto-reportażPierwszy etap hikingu to przemarsz Doliną Małej Łąki przez las świerkowy w towarzystwie szumiącego potoku Małołąckiego.
Okiem fachowca Punkt konsumpcyjny organizujemy sobie w bardzo widokowym miejscu - Przysłup Miętusi (1187 m n.p.m). to idealne miejsce na „panoramiczny przystanek”, na dowitaminizowanie organizmu i foto-porady od Marcina.
Niedzielna strzelaninaPlan na niedzielę był prosty – off-road i walka na kulKee paintballowi ;) Po śniadanku na komercyjnych Krupówkach, górale porwali nas na off-roadową przygodę na malowniczą Mietłówkę. Trakt wyboisty, pozbawiony przyczepności, ale za to pełen wrażeń. Zakopaliśmy się. Bremach zawisł w powietrzu na jednej osi i wyrzucał kilogramy błota spod kół. Z pomocą przyszła terenowa wyciągarka i mogliśmy kontunuować terenowe przygody. Porzuciliśmy auta na polanie i wystrojeni w zielone kombinezony, zaopatrzeni w masKee ochronne, broń i kulKee ruszyliśmy w las. Cios za ciosem. Strzał za strzałem. Kulka za kulką. Kolorowe plamy na kombinezonach udowadniały, że to nie przelewKee… Paintball na całego. Dziecięca frajda, ferwor waleczności i detektywistycznych zagrań. Rewelacja. Straciliśmy trochę energii, więc trzeba było niedzielnym obiadkiem uzupełni kalorie i wymienić się wrażeniami po całym fotojpoggingowo-paintballowo-przygodowym weekendzie. I gdyby nie daleka droga do domu, to na pewno nie ewakuowałabym się stąd tą wieczorową porą! Droga MlecznaOmijając potencjalne korKee, pojechałyśmy na Chochołów i Czarny Dunajec. Od Rabki wskoczyłyśmy na Zakopiankę, potem na autostrady kawałeczek aż do Niepo i alone q LKR. Testerskich rozmów nie było, bo towarzystwo się skończyło, więc dobra muzyka płynęła z głośnika, relaksując przyjemnie i układając T-wspomnienia w głowie. Aż tu nagle zmiana otoczenia… Czarny asfalt skończył się niespodziewanie. Ulice spowite głęboką mgłą. Auto wtapia się w gęstwinę białego mleka. Widoczność praktycznie żadna. Jednak na chwilę sytuacja się polepsza. Mgły migrują w górę. Suną ponad samochodem niczym statKee kosmiczne, które nie wiadomo, gdzie i czy w ogóle wylądują. Po kilkudziesięciu mglistych kilometrach sytuacja wraca do „normy”. Sunę dalej czarną asfaltową nitką. Przekraczam Wisłę i już jestem coraz bliżej lokum swego domowego. Rozentuzjazmowana rzucam zabawKee od progu i odpływam w krainę tatrzańskich T-przygód... Niczym „śpiący Rycerz” (= Giewont) przykładam głowę do poduszKee, licząc, że jednak i w poniedziałek obudzę się pod Tatrami. Emocji pozytywów, pozytywnych emocji, Testersi, bo to kształtuje jeszcze bardziej kolorowo naszą rzeczywistość! ;) Copyright by Keenya
|
(0 głos)











