| Napisany przez Kinga Gnaś, z 24-11-2009 16:05 |
| Średnia ocena użytkownika |
(0 głos) |
|
| Opinie |
2295  |
|
|
|
Pytanie - „tylko czasem” czy już „coraz częściej” ciągnie człowieka do korzeni, do tradycji, do historii przodków? Z głębokiego snu zdaje się budzić długo skrywane pragnienie poznania tego, czego nigdy nie mogliśmy zasmakować! Drzemią w nas ogromne pro-chęci i mocno pchają q etnograficznej przygodzie!
Wybiła pierwsza sobota października. Zamiast w Krakowie czy górskiej okolicy, to budzę się na Kaszubach. Swoista teleportacja i jestem w miejscowości o jakże wdzięcznej nazwie Wdzydze Kiszewskie. Otwieram oczy i widzę… wodno-leśną przestrzeń ;) Tafla Jeziora Gołuń lśni się na horyzoncie, a w jego wodach przegląda się gęsty sosnowy las. Złota polska jesień mieni się radośnie za oknem i podpowiada „czas opuścić przyjemną agroturystyczną willę”. Tarasowa panorama skutecznie zachęca do wyjścia na zewnątrz. Tutaj, we Wdzydzach nie ma problemu z odpowiedzią na pytanie „jak wykorzystać to urokliwe słoneczne sobotnie przedpołudnie?” Co robię? Rezerwuję je na czysto etnograficzne przeżycia ;) Stawiam na wizytę w Kaszubskim ParkuEtnograficznym im. Teodory i Izydora Gulgowskich. Słyszałam o nim wiele, więc postanawiam osobiście zweryfikować posiadaną na jego temat wiedzę. Wdzydze Kiszewskie
Muzeum we Wdzydzach Kiszewskich powstało przeszło 100 lat temu, bo już w 1906 roku. Mało tego, jest pierwszym na ziemiach polskich muzeum na wolnym powietrzu!! Nie ma to jak Testerskie plądrowanie w plenerze! ;) Mym łupem padały więc zagrody chłopskie i szlacheckie z XVIII i XIX wieku oraz chałupy rybackie i gburskie (gbur po kaszubsku oznacza chłopa). Wyglądały one niezwykle sielsko, pachniały prawdziwą wsią i spokojnym żywotem. Nigdzie nie czuć było wielkomiejskiego pośpiechu i tłoku. Towarzyszyło mi nieodparte wrażenie jakby czas się tutaj zatrzymał… Jakbym przeniosła się o jakieś 200 lat do tyłu! Spacerowałam urzeczona tymi pseudo-retrospekcjami od chałupy do chałupy, od zagrody do zagrody, od stodoły do stodoły ;) Zawieszona w sielsko-wiejskim klimacie nie mogłam nasycić się prostotą wnętrz poszczególnych izb. Po prostu nie umiałam! Szwedzka IKEA po prostu „wymięka” przy tutejszych aranżacjach i pomysłach ;D Podcieniowa chałupa i gustownie urządzona sień, izba i alkierz (sypialnia). Postanowiłam znaleźć i zakupić sobie taką chałupinę gdzieś na jakieś mniej lub bardziej odległej wiosce w rejonie Krakowa ;P Taki sielsKee kaprys! WiejsKee azyl! Stoję na środku chałupy i z radosnym błyskiem w oczętach rozglądam się dokoła. Wygodne drewniane łoża, pierzyny, grube poduchy, ogromne kufry i skrzynie na ubrania, zdobione szafy, stoły i krzesła o ciekawych kształtach. Piec kaflowy lub doniczkowy w kuchni, żeliwne garnKee i naczynia jak u prababci. Plus ta zdrowa wiejska żywność! Ten prawdziwy chleb, zioła i przyprawy. Żelazko „na duszę”, maszyna do szycia Singera… Oj jest tego tutaj sporo! W naszej działkowej chałupce na Chruślankach Józefowskich też jeszcze pozostał taki cień sielsko-wiejskości ;) Taka namiastka dawnych czasów! Bueno sprawa! ;) Idę dalej Kolejne numery chat i zagród, a przed nimi studnie, czyli naturalna woda mineralna bądź źródlana na każde zawołanie, a może bardziej każde wyciągnięcie. Po sielskich zabudowaniach przyszła pora na eleganckie i wystawne dworki z XIX wieku. Tu już jest zupełnie inaczej... Pachnie przepychem i szlacheckim dobrobytem. Nie ma bielonych ścian, są za to (dziko) wzorzyste tapety. Gabinet z fornirowanym biurkiem i elementami skóry i zamszu zarezerwowany tylko dla pana i władcy. Toaletka, bo przecież to ona, kobieta ma być wizerunkiem swojego męża. Pokój dziecięcy pełny zabawek i ubranek. Wnętrza i obejście całkowicie odmienne od tego z chat, ale czy ciekawsze? No nie wiem… Na terenie Kaszubskiego Parku Etnograficznego, który przypomina tutaj jedną zwartą wioskę nie brakuje i tartaku, i kuźni, i kościoła rzecz jasna. Drewniany kościół z miejscowości Swornegacie datowany jest na 1700 rok. Ołtarz główny pochodzi z XVIII wieku, a ołtarze boczne utrzymane są w stylu rokokowo-klasycystycznym (prawy) i klasycystycznym (lewy). Dreptam dalej i q memu pozytywnemu zdziwieniu trafiam na… szkołę. Wprawdzie pochodzi ona z lat 50-tych XIX wieku, to klimat szkolnych murów pozostaje ten sam. Zasiadam w ławce, przypominam sobie jak to kiedyś było! Biorę długą linijkę w dłoń, kartuję dziennik i mogę poczuć się jak ówczesny srogi belfer, stosujący inne metody wychowawcze niż te współcześnie dozwolone. Opuszczam szkolne mury zanim jeszcze zabrzmi dzwonek i ochoczo wskakuję na huśtawkę i „bujam się do tyczKee” ;D Szkoda, że nie ma chłopaków z podwórka, bo pograłoby się w piłkę. Oj, chyba się za bardzo rozmarzyłam… Następny krok i co widzę? Drewniany wiatrak typu Holender pochodzący z Brus. Rumiana pulchniutka blondynka wdzięcznie opowiada o mechanizmie jego pracy i o swej towarzyszce wiewiórce, którą każdego ranka dokarmia orzeszkiem ;) A skoro już mowa o jedzeniu, to pora na nie! Lunchem był apetyczny etnograficzny set przypominający Ikeowy zestaw „herbata + ciastko”. Jednak tu, we Wdzydzach smakował on zupełnie inaczej, tak mniej globalizacyjnie ;D Pyszna, gorąca herbatka z cytryną i kaszubska „ruchanka”, czyli placek drożdżowy smażony na głębokim oleju. Regionalizm w kulinarnym wydaniu! Ale nie tylko podniebienie, a przede wszystkim dusza znajdzie tu, we Wdzydzach „ coś” dla siebie! Gwarantuję Wam, że podczas tej całej etnograficznej wycieczKee zasmakujecie niejednej przygody i wyostrzy Wam się apetyt! Będziecie chłonąć smaKee tego niecodziennego powrotu do przeszłości, do czasów, kiedy to żyli nasi pradziadkowie i ręczę, że atrakcji nie zabraknie! Zatem… na Kaszuby jazda! ;) Zobacz galerię z podróży
|