| Dotknąć dna… Jaskinia Studnisko |
Zastanawialiście się, kiedyś jak to jest „dotknąć dna”? Jakie uczucia i emocje grają wtedy w duszy? Ja już wiem, jak to smakuje. Oczywiście nie w dosłownym tego słowa znaczeniu! Chodzi rzecz jasna o metaforę i osiągnięcie dna jaskini ;) A jak do tego doszło, już objaśniam. Bezmiar przestrzeni i wysokościPo uniemożliwionej próbie splądrowania Jaskini Wszystkich Świętych wyszliśmy na powierzchnię. Nie ukrywam, byliśmy rozżaleni i zaskoczeni robotą GOPRowców, którzy zablokowali korytarze. Byliśmy żądni przygód i podniesionego poziomu adrenaliny tak jak wampiry żądne są krwi! Niewiele myśląc, skierowaliśmy swe kroki ku Jaskini Studnisko, notabene najgłębszej na całej Jurze Krakowsko-Częstochowskiej (77,5m) i jedenastej pod względem długości (337m). Lubimy wyzwania, więc nie mogliśmy wybrać lepiej! Otwór do jaskini usytuowany jest na wysokości 346 m n.p.m. w rejonie Góry Puchacz i stosunkowo niedawno został zabezpieczony metalową barierką. Chyba ze względu na liczne wypadki niedzielnych turystów, którzy nieświadomi istnienia jaskini, po prostu do niej wpadali… Trzeba uważać, bo nigdy nie wiesz, kiedy stracisz grunt pod nogami. Podpięliśmy dwie liny, każda do innego ringa, jedna będzie służyć do wejścia i zejścia, druga do asekuracji. Musiały być długie i wytrzymałe, bo od otworu wejściowego do dna komory jest bagatela 33m. Nie umiałam sobie uzmysłowić tej odległości, ale porównanie jej do 16-sto piętrowego wieżowca wiele mi wyjaśniło. Chyba nawet za wiele... Nie sądzę, żebym zdecydowała się na zjazd z drapacza chmur z tak oszałamiającej wysokości. Co innego w jaskini, tu jest ciemno i nie masz tego poczucia olbrzymiej odległości i ogromu przestrzeni. Zresztą nie ma czasu na lęki! Przyodzialiśmy właściwy sprzęt i w powtórzonej, sprawdzonej już kolejności – Michał, Kee, Kasia, Jarek rozpoczęliśmy zjazd po linie, jedno po drugim, rzecz jasna. Chyba nie zdążyłam jeszcze wspomnieć, że Studnisko to jedna z jaskiń posiadających największe krasowe komory na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Pionowy otwór rozpoczyna się bardzo krótkim kominkiem i prowadzi w stronę gigantycznej Komory Wejściowej o wymiarach 36 x 20 m i oszałamiającej wysokości 33 m. To najbardziej extremalna część całej eskapady ;D Dreszczyk pozytywnych wibracji czuć na skórze, ale w duszy no stres! Schodzę i schodzę, i końca nie widać… Cały czas kontroluję sytuację i popuszczam sobie liny, a ósemka aż parzy – ile energii cieplnej i kinetycznej tutaj powstaje! Rękawiczki bike’owe okazują się zbawienne. Jeśli puściłabym teraz linę, lecę i mnie już nie ma… To tak ku przestrodze! Musisz być czujny! Im jestem niżej, tym rozmiary jaskini stają się coraz większe. Kręcę głową dokoła, chcę, by czołówka oświetlała mi każdą ścianę, bym mogła podziwiać szatę naciekową. Najpiękniejsze są kaskady kalcytowe! Zasłuchana w nietoperzowy krzyk zjeżdżam sobie ruchem jednostajnie przyspieszonym i rozkoszuję się magią przestrzeni, wolności i siłą matki natury. Przemierzanie czeluściW miejscu zakończenia zjazdu dno jest pochyle, pokryte polewą naciekową. Tutaj trzeba uważać, by nie poślizgnąć się na guano (odchody nietoperzy) Gówniana sprawa ;P Czekamy z Michałem na pozostałą dwójką, a ja z zacięciem geologa i pasją grotołaza dreptam sobie i obserwuję otoczenie. Z bólem dochodzę do stwierdzenia, że szpaciarze (istoty wydobywające szpad – krystaliczny kalcyt) zniszczyli znaczną część szaty naciekowej Studniska. Gdy cała nasza czwórka dociera do Komory Wejściowej, możemy zakamuflować sprzęt i udać się w dalszą drogę. Rozpoczynamy przeciskanie się, czołganie, ciała deformowanie i wspinanie właściwe ;D Czas na następną przygodę nastał! Najpierw przeprawa po Sali Pochyłej, by po chwili móc podziwiać krasowe formy w Sali Nacieków Kalcytowych i Sali Nacieków Piaszczystych. Ile tu fantastycznych stalaktytów, stalagmitów czy stalagnatów, ile grzebieni i kaskad kalcytowych, ile makaronów, ile kulistych nacieków piaszczystych na ścianach i stropie, ile form o fikuśnych kształtach?! Byłoby ich jeszcze więcej, gdyby nie dewastujące szatę naciekową „człowieki”. Zbiera mnie na refleksję o niszczeniu przez ludzi tego, co najpiękniejsze – niepojęte… Przybierając po drodze rozmaite pozycje, doczołgowywujemy się do największa z sal, Sali Zawaliskowej, na której dnie zalegają wielkie bloki wapienne (od strony zachodniej przykrywają je piaszczyste stożki napływowe). Już jesteśmy na głębokości - 41 m, skąd biegnie stromy korytarz obejmujący część nazwaną Przeczucie Maryny. Kolejny raz przeciskamy się przez wąskie szczeliny, pokonujemy kilkumetrowe studnie, taplamy się w błotq. Cali jesteśmy brązowi i bardzo radośni ;D Entuzjazm sięga zenitu, gdy schodzę z Jarkiem na głębokość -77,5 m do Partii Spragnionych. To najgłębszy punkt jaskini – dotknęłam dna! Po raz kolejny udowodniłam sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych, że wszystko jest „do zrobienia”. Jak to ładnie powiedziała Marzenka, cytując zacnego jegomościa Arystotelesa, „Osiągnęłaś kolejny cel przybliżający do osiągnięcia CELU”. Zaiste prawda, znów zrealizowałam siebie i swe pomysły! I love it ;D Sprawdzian dla mięśniPoziom endorfiny podnieśliśmy sobie Milką, nie ma jak dobra czeko! Łasuchy? Nie, po prostu lubimy czekoladę… Hasło rodem z reklamy tv. Fakt faktem, wydatek energetyczny w jaskini, w takim mikroklimacie, przy ogromnej wilgotności i temperaturze 8 stopni, jest ogromny! Wzbogacenie organizmu w kalorie jest nieodzowne! Spełnieni jaskiniowo ;) musimy udać się w drogę powrotną, aczkolwiek niechętnie. Nie lubię wracać, ale cóż! Jak mus to mus. Momentami mam nieodparte wrażenie, że plądrowanie Studniska przypomina mi wspinaczkę w skałach, tylko tutaj te górnojurajskie wapienie są śliskie i uciekają spod rąk i nóg. Nie daję za wygraną i dalej zażywam kąpieli błotnych. Powtarzam też „chińskie pozycje”, by przecisnąć się przez wąziutkie szczeliny. Przyblokować się chyba żadne z nas by nie chciało… Uśmiech nie schodzi z twarzy. Rozbraja nas z Kasią pozycja „na czworaka”. Kolanka na pewno przybiorą kolory tęczy po tej pełzającej wędrówce. Kask nie raz ochronił nam czaszki przed potłuczeniem. Sprzęt to podstawa! O proszę, nawet nie zorientowaliśmy się, a już byliśmy w Komorze Wejściowej. Zaskakująco szybko, bo w zaledwie 45 minut w czteroosobowym składzie ;D Rewelacja! Teraz nadchodzi prawdziwy test naszej kondycji fizycznej i psychicznej! Musimy pokonać 33 m wysokości, by móc znów dreptać jak Homo Sapiens na dwóch a nie na czterech nogach... Uzbrajamy się w sprzęt, konieczne są karabinki, płaniety, Crolle, etc. Będziemy sprawdzać własne możliwości fizyczne i zacięcie w walce z siłami natury. Michał pomknął w górę w 17 minut, imponująco! Mnie wchodzenie na linie na wolnym zjeździe zajęło około 25 minut. Byłam i jestem z siebie bardzo zadowolona. W kręgu grotołazów mawia się, że samo wyjście ze Studniska to nie lada wyczyn. No bo przecież niecodziennie pokonuje się 16 pięter bez użycia schodów, nie mówiąc już o windzie, bazując jedynie na sile własnych ramion i nóg… Uważa się też, że Studnisko nie jest jaskinią „na pierwszy raz”, bo jest zdecydowanie za trudna. Ale waleczne Skorpiony nigdy się nie poddają i zawsze dopinają swego ;D Na górę wyprowadził mnie nietoperzowy szum i w otoczce pozytywnych wibracji obiecałam sobie wrócić kiedyś do Studniska i znów udowodnić sobie, że „możesz wszystko”! Ty też zawsze wierz w siebie, przełam wszelkie obawy i lęki, zaufaj instynktowi, wygraj z własnymi mięśniami i zasmakuj podziemnej przygody ;D Od dziś będę działać jak Krecik ;P Copyright by Keenya
|
(0 głos)










