| Cyfrowanie w Bieszczadach |
11.11.11 Zaczynamy szyfrowanie w systemie binarnym? Nie. To Magiczny układ sześciu jedynek albo trzech jedenastek, jak kto woli, który zwiastował nieuchronnie, że na twarzy przybywa kolejna zmarszczka wypełniona T-wydarzeniami i łupie w kościach od T-przygód. Na szczęście jednak… amnezja mnie jeszcze nie dopadła! i pamiętam, „co i jak” było, więc relacjonuję, jak spłynął naszej T-ósemce T-long weekend w Bieszczadach na oszronionych słonecznych szlakach, w klimatycznych miejscach serwujących najlepszą dziczyznę, przy cieple domkowego kominka, przy brzasku ogniska i pod mocno gwieździstym niebem pełnym spełnionych życzeń. Przybyliśmy w czwartkową noc do Rabe między Ustrzykami Dolnymi a Czarną i zakotwiczyliśmy się w klimatycznym domku Bukowy Dwór, którego wnętrza opromieniał nasz dobry nastrój i fenomenalny chilloutowy humor oraz bajeczne ciepło płynące z kominka. Rydwany ognia sprawiały wrażenie, jakby chciały się wyrywać zza kominkowej szyby i uciec na zewnątrz, na mróz, chcąc zademonstrować w ten sposób swoją siłę rażenia ;) Ale zostały do późnej nocy na miejscu, a my odpoczywaliśmy wraz z nimi w aurze apartamentowej sielskości, bo zwyczajnie nie chciało się schodzić z wygodnej sofy i iść… spać. Czasem takie błogie słodkie lenistwo, które jest zupełnie obce mej Testerskiej Naturze, ma swoje pięć minut i jest w pełni usprawiedliwione ;) Wolny piątekI nastało upragnione wolne... Piątkowa laba! Long weekend! Trzy dni relaxu i testowania! O poranku wy-budziło nas naturalne ciepło pochodzące z licznych promieni słonecznych wdzierających się subtelnie do sypialnianej antresoli przez dachowe okno. Śniadanko smakowite skonsumowane z apetytem. T-zamysły przeróżne w(y)skakiwały z głowy na język. Cel numer jeden – wypoczywać aktywnie i biernie oraz wdychać bieszczadzkie nieskażone powietrze aż zabraknie pojemności płuc. Inne cele to cele poboczne, które zrealizują się „same przez się” ;) Zainaugurowaliśmy więc wspin na pobliską górkę – chłonęliśmy otaczające krajobrazy, wiedząc, że zaraz będziemy podziwiać jeszcze lepsze widoKee. Bo Niepodległościowy Marsz na Połoninę Caryńską dnia 11 listopada 2011 roku już czas zacząć! ;) Niepodległościowy MarszWychodzimy z parkingu z Ustrzyk Górnych i ochoczo drałujemy q górze. Dywan ususzonych, szeleszczących pod butami trekkingowymi, rdzawo-złotych liści prowadzi naszą mieszaną czwórkę na jedną z dwóch „klasycznych” bieszczadzkich połonin.
Demokracja?W sobotni poranek podwoiliśmy skład T-wyprawy i kompletną ósemką rzuciliśmy wyzwanie Tarnicy. Towarzystwo podzielone sprawiedliwie przez Matkę Naturę – 4 kobiety i 4 mężczyzn. A że baby potrafią zakręcić w głowach, to nasz dzisiejszy TestersKee Cel zwie się… Królowa Bieszczad, czyli Tarnica. Ponownie uskuteczniamy starting z parkingu w Ustrzykach Górnych, ale już innego niż wczoraj – ten jest po drugiej stronie ulicy ;) Za cały dzień ściągnięto z nas haracz w wysokości 12 zł (piszę o tym celowo, bo kiedyś wszystkie parkingi były bezpłatne…). Zaczynamy T-eskapadę. Wstępny przemarsz asfaltem aż do punktu... zakupu biletów wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Jest listopad, a oni jeszcze pracują w biletowych budkach. Wszystko się zaczyna „spieniężać”. Bieszczady zaczynają zarabiać na wszystkim i wszystkich, bo tubylcy nauczyli się, że nie tylko górale mogą „wołać sobie opłaty” za chęć bycia w Tatrach, przecież im też się coś od turystów należy. Więc „kasują”… w najlepsze! Atak na Królową… Pierwsze T-kroKee dzisiejszego T-wojażowania oznaczają wejście w las. I brak szczególnych widoków. Niby jest podobnie jak wczoraj, ale układ szlaku nieco inny i ekipa zbulimizowana ;) Wspomnienia z ostatniej T-wędrówKee tym szlakiem zatarły się w mej pamięci. Czemu? Może dlatego, że wtedy był kwiecień i śnieg leżał jeszcze w lesie, zieleń budziła się dokoła, zmieniając obraz całości, a dziś, prawie na półmetku listopada, szeleszczą zdeptane już liście i jest „łyso”. Dreptam i chłonę niezliczoną ilość drzew, bo cóż innego można tu, w lesie, podziwiać. Jednak wystarczyło przejść lesisty trakt i wyjść „na zewnątrz” i zaczęło się wytęsknione widokowe hikingowanie.
Dzik Time ;)Rozgrzewająca herbatka po drodze i coś na ząb i pedałujemy w dół. Energiczne zejście do Wołowatego połączone z listopadowym opalaniem się na trawie było wstępem do odpoczynku po rewelacyjnym obiadq, który gwarantowała wizyta w Wilczej Jamie w Smolniku. Mój apetyt na Bieszczady jest tożsamy z apetytem na dziczyznę ;) Dzisiejsze T-menu to gulasz z jelenia z borowikami, kopytka i buraczki na ciepło. No i coś złotego zimnego płynnego celem przyspieszenia procesu trawienia. Polecam Wam też świetną pieczeń z dzika marynowaną w czerwonym winie serwowana ze śliwką i żurawiną. No i koniecznie skosztujcie też pasztetu z dzika. Chyba mam bzika na punkcie dzika. Ale nie mogę już za wiele jeść, bo kolejne kulinarne T-zamysły czekają na realizację. Ognisko! ;) Wyśmienita zrumieniona chrupiąca kiełbaska, której stan przygotowania sprawdzało światło latarKee. Do tego pyszny przypieczony chleb. Banalne ogniskowe menu, a jaka głębia smaku i doznań. Tak i to w listopadzie! Mimo mrozu. Pod gwiazdami. Przy pełni księżyca. Przy śpiewie. Przy rozmaitych opowieściach. Bo nie ma rzeczy niemożliwych! Są tylko mało prawdopodobne ;) I pamiętajcie o tym zawsze i wszędzie! Copyright by Keenya
|
(0 głos)











