| Bieszczadzkie humory... pogodowe |
Zeszłoroczne zagipsowanie skutecznie uziemiło me wojażowanie. Górskie wędrówKee przymusowo zawiesiły się w białej sztywnej czasoprzestrzeni. Testerskie podboje zwinęły się samoczynnie w papirusu zwoje. Ale po wakacyjnej gipso-pauzie i po dwóch latach przymusowej bieszczadzkiej przerwy powróciłam… w Bieszczady! WielKee TestersKee come back…”Góry moje, wierchy moje” - one były ciągle żywe w mej T-pamięci! Stety… Niestety…Jednak w sobotę niebo nad bieszczadzkimi połoninami stało się pochmurne. Niby od rana było mocno słonecznie, tak jak życzy sobie tego każdy turysta, ale z biegiem czasu zaczęło się chmurzyć i całe góry spowiło brzydkie granatowo-szare niebo. Zlewa wisiała w powietrzu. I nie wytrzymała! Wybuchła nerwowo i z wielkim impetem zmoczyła okolicę. Ale nas szczęśliwie ominęła. Byliśmy w „bezpiecznym punkcie środka”, istny fart! Dokoła nas waliły pioruny, błyskało się niemiłosiernie i okropnie lało. Szaleńcza burza z efektami dźwiękowymi i świetlnymi. Pogodowa Dyskoteka. Grunt, że nie zmokliśmy tak jak w zeszłym roku w maju w Beskidzie Niskim, kiedy to zeszliśmy z lawiną… błota z Kornutów. Od… do…Bieszczadzkie Połoniny ciągną się malowniczo od Wetliny po Ustrzyki Górne. Połonina Wetlińska i Caryńska. A pośrodku nich stoi sobie niepozorny domek, ot taka Chatka Puchatka – schronisko PTTK, przyciągające tłumy piechurów dreptających po bieszczadzkich szlakach, to tu, to tam, do połonin bram. A my dwoje za cel naszej T-wędrówKee obraliśmy właśnie Połoninę Wetlińską. Startując ochoczo żółtym szlakiem q Przełęczy Orłowicza, wspinaliśmy się q „bieszczadzkim łąkom”. Spacerek w lasku przy słońca blasku. Sympatyczna sprawa! Gdy wyszliśmy z drzewostanu, na niebie wisiały już ciemne chmury i już dobrze wiecie, co było potem...
EwakuacjaSzybka dedukcja, co dalej – ano schodzimy… zanim burza stanie z nami oko w oko. Najpierw wyboistą mocno kamienisto-błotnistą drogą oznakowaną żółtym szlakowskazem, a potem czarnym duktem prowadzącym pod camping „Wetlinka”. A stąd już asfaltem na parking w Wetlinie. Kilka kilometrów szoso-marszu. Prawie jak droga na Morskie Oko… Nie lubiem tak! Metoda na głodaAle dobrze zjeść to lubiem! Więc szamiemy! Pierwszy głód zaspokoiliśmy zupkami – męsKee żurek inny taki i mój górsKee faworyt, czyli kwaśnica. Ale to nie było to, co TygrysKee lubią w górskiej kuchni najbardziej! Płacimy i ruszamy z „Chaty Wędrowca”. Bo jak Bieszczady, to obowiązkowo Wilcza Jama ;) Ale już nie w Mucznem a w Smolniku mieści się lokal serwujący najlepszą kuchnię regionalną i myśliwską w Bieszczadach, ba, nie tylko w Bieszczadach. Mój wilczy apetyt okiełznał gulasz z sarny z borowikami. Do tego kopytka i buraczKee na ciepło. Bueno! Na drugim talerzu spałaszowana została pieczeń z dzika w sosie estragonowym z kaszą gryczaną z ziarnami dyni i słonecznika plus świeżutka marchewka.
Pamiętajcie! Życie bez podróży jest jak miłość bez róży… Copyright by Keenya
|
(0 głos)











