| W krainie niezmąconego bieszczadzkiego spokoju… |
Nigdy nie traktowałam Bieszczad tudzież Bieszczadów poważnie… Przyznaję się bez bicia! Zawsze wydawały mi się takie „nizinne” i stosunkowo mało pociągające. Zdecydowanie bardziej rajcowały mnie skaliste szczyty, delikatnie muskające nieboskłon i gwarantujące „wysokościowe doznania” ;P Dlatego też celem mych wypadów hikingowych padały zazwyczaj Tatry czy to Polskie, czy Słowackie, nie mówiąc już o fenomenalnych Górach Skalistych czy Alpach… Pomysł na Bieszczady zrodził się spontanicznie i był alternatywą dla wypadu do Wrocławia. Miasto urocze, klimatyczne, a sam Dolny Śląsk też niczego sobie! Lubię te rejony, jednak górKee to górKee i większa aktywność niż jakakolwiek miastomania! 17-19 kwietnia 2009 roku weekendowaliśmy się więc z Domello na skraju ojczyzny naszej, w wyciszonym, pełnym spokoju i pozbawionym natrętnej komercjalizacji zakątku polskiej ziemi. Czasem takie „odcięcie” od szalonej cywilizacji pozwala złapać drugi oddech i z powerem przystąpić do zadań nowego tygodnia, a mój notatnik firmowy z każdym dniem staje się coraz grubszy. Mam nadzieję, że nie grozi mu bulimia ;P zawodowa! Naładowani pozytywną energią rozpoczęliśmy bieszczadzką przygodę. Piątkowym pojobowym meeting pointem została obrana Dębica. Hmmmm…wspomnienia wracają! Przecież to miasto pamiętnego i jakże udanego wrześniowego wesela Agi i Przemka! Oj, oj, zdarło się obcasy na parkiecie i gardło nadwyrężyło w wokalnych popisach z panną Fedyną ;D PozdróffKee dla całej ekipy ze Wschodu! No ale, żeby nie zbaczać z tematu, wracam na szlak…redaktorsKee! Wystartowaliśmy więc w stronę Jasła, pierwsze ustalenia i opowieści wzajemne różnotematyczne + godzinny przystanek na pycha specjały kulinarne w lokalu „Pod Skałą”. Miejsce i menu godne polecenia! Zupka czosnkowa z grzankami z serem (równie apetyczna i aromatyczna ;D jak słowackie czy czeskie) oraz drobiowa sakiewka z warzywami inside to mój choice, a Kamil zajadał się solą w migdałach i kociołkiem Cygana – tę zupkę zamówiliśmy też w drodze powrotnej! Tak nam posmakowała! Posileni i entuzjastycznie usposobieni przemknęliśmy przez Nowy Żmigród w stronę Dukli i dalej puściutką traską gnaliśmy do Komańczy (odbudowują tu zniszczoną w pożarze cerkiew). Stamtąd jeszcze trochę kręcenia o zmroku po bieszczadzkich serpentynach i żądni zdobywania szczytów dotarliśmy do celu – Ustrzyk Górnych. Kwatera prywatna z polecenia godna polecenia ze względu na swe oryginalne wnętrza - lux apartament ;D Przed snem pozostało nam jesce jedno zadanie - obmyślanie, a raczej weryfikowanie wizji na najbliższe dwa dni! Szybka piłka! W sobotni poranek słonko wdzierało się do pokoju i łaskotało promieniami po buźce, informując, że pora wstawać. Zresztą organizm sam budził się do życia ;D Góry inspirują! W normalnych warunkach na pewno bym się nie podniosła z wygodnego łóżka o 6.43. O zgrozo! Nie ma opcji! Przecież to niehumanitarna pora! Ale tu, w górach wszystko ma inny wymiar... Punkt ósma byliśmy na czerwonym szlaku, a z nami pies-przewodnik. Przez lasos liściasty wdrapywaliśmy się pod górę, momentami konkretne podejścia. Goło i wesoło...Smaczek górsKee wzmógł Szeroki Wierch, no bo powyżej 1200 m n.p.m. zrobiło się wreszcie „goło”, czyli nastał pełen widok na górskie klimaty! Ze skrzyżowania szlaków - czerwonego i niebieskiego został nam kwadransik na Tarnicę. Jednak żółtostradę mapową pokonaliśmy w niespełna 10 minut, a z nami oczywiście pies…nazywany wymienie Kajtosław bądź Burek albo „Odsuń się” ;D Czworonożny towarzysz też chciał poszczytować na wysokości 1346 m i rozkoszować się panoramą, walcząc przy tym z silnym wiatrem. W dole Wołosate i kilka domów na krzyż, a przed nami, prawie na wyciągnięcie ręki/nogi, okoliczne szczyty górskie! Poezja dla mej górskiej duszy! Zaznaczam, iż na szczycie usytuowany jest krzyż upamiętniający wizytę papieża Jana Pawła II na bieszczadzkich szlakach. Chwila zadumy nad autorytetem Wojtyły… Po refleksyjnej ciszy i fotosesjii zeszliśmy we trójkę z „Królowej Bieszczad” i przez śnieżek, błotko i potoki górskie pomknęliśmy czerwono-niebieskim szlakiem ku Przełęczy Goprowców. Chłopaki stacjonują tam tylko w lipcu i sierpniu, można ich zastać pod namiotem – taki lokal przenośny mają ;D Niewiele myślać, żwawo przemaszerowaliśmy na Kopę Bukowską 1320 m, a stamtąd już (13 m wyżej) na Halicz. Wiało niemiłosiernie, ale softshieldy się sprawdziły i nie czuliśmy tego muskającego chłodu. Domello wdział mi na głowę swój kapeluszos, nie wiem tylko po co ;P ale dzielnie dreptałam z nim dalej. Skończyła się na naszej trasce Połonina Bukowska, więc skończyła się urozmiacona górska droga, a zaczął nudny i monotonny trakt pieszo-rowerowo-konny. No i tak musieliśmy pedałować nogami obiema prawie 2 godziny! Nie polecam tego odcinka nikomu! A już zdecydowanie, nie wchodźcie na Tarnicę od tej strony! To odcinek dobry dla rodziny z wózkiem z napędem na cztery koła, a nie dla miłośników górskiej scenerii. Jedyne, co mi się podobało w ciągu tych dwóch godzin wędrówKee to pola konwalii i nasze dysputy na różnorakie tematu – bardzo owocne, zresztą. Dyskutując o śmiamtym i owamtym, dotarliśmy do najdalej na południe położonej i zamieszkanej! miejscowości w ojczyźnie naszej – Wołosate. Wioskę stanowi kilka domów na krzyż, o dziwo doskonale widocznych z Tarnicy ;D a popularność gwarantuje nie tylko sama lokalizacja wsi, ale też Zachowawcza Stadnina Konia Huculskiego Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Maybe next time będzie czas na „pa-ta-taj” ;P Na niewielkim parkingu dopadliśmy jakąś parkę z Rzeszowa i życzliwi towarzysze podwieźli nas Mazdą 323F do Ustrzyk, bo perspektywa spaceru na dystansie 6 km wcale nas nie podniecała… Po drodze sprzedaliśmy Młodym opowieści o naszej 7-godzinnej czerwonoszlakowej bieszczadzkiej eskapadzie. Rzeszowiacy wybrali jednak zdecydowanie (naj)krótszą opcję, czyli spacerek niebieskim szlakiem. Dla nas zbyt krótko, a powroty tą samą traską nie są w naszym stylu, bo my wolimy mocniejsze wyzwania! Heheh…CwaniaKee, nie?! Naładowani energią i z deka głodni postanowiliśmy wsiąść w Lagunę i pogonić za jakąś zwierzyną. Łupem padła pieczeń z dzika z gruszkami i żurawiną oraz gulasz z sarny z borowikami! No po prostu kulinarna ekstaza! Niebo w gębie :D Będąc w Bieszczadach, koniecznie wstąpcie do Wilczej Jamy w maluśkiej wiosce Muczne. Wasze żołądki powiedzą, że warto! Z bananem na ustach i spieczonymi buźkami postananowiliśmy do(s)palić kalorie nad Soliną. Zdecydowanie bardziej wolę góry, więc po szybkim spacerq po zaporze wróciliśmy do kwatery naszej zacnej i przy złocistym trunku dumaliśmy nad jutrzejszym dniem. I wydumaliśmy – ataken na szczyt graniczny trzech! państw, Krzemieniec ;D Multinarodowo, multikulturowo. Copyright by Keenya
|
Nie komentowano
mXcomment 1.0.7.::.Polish Version - JoomlaPL.com Team © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
- sKeeKam w Raju…Słowa…
- Mazurski chillout ja…
- Havrania Skała w wer…
- Wiedeński Walc w Bra…
- ProBałtycka WielkoPo…
(0 głos)








