| Skandynawski pociąg do przygody |
…że nie mogę usiedzieć na tyłku to fakt! …że moje turystyczne ADHD jest wciąż aktywne i mnie „nosi” to też święta racja! W głowie kłębią się coraz to nowe voyage-plany, a moim kolejnym zamysłem tripowym było zwiedzenie Skandynawii. Nie odkryję Ameryki, jak powiem, że trzeba wierzyć w marzenia, bo one się spełniają! …i to nawet szybciej niż myślisz! Nie musiałam więc zbyt długo czekać na realizację mego północnoeuropejskiego pragnienia ;D Całą sprawę ułatwiło Anuśkowe zaproszenie do Szwecji, do Lund, gdzie panna Anna studiuje geologię w ramach Erasmusowej wymiany studentów. Gadulcowa i mailowa komunikacja udowadnia jak pomocny okazuje się być virtual world ;D Szybko rzucam hasło Beti „Lecisz ze mną?”, szybko dostaję pozytywną odpowiedź od me syjamskiej sis i szybko dokonujemy rezerwacji biletów na stronie Wizzaira. Inauguracja sezonu tripowego… Plan gry był prosty i przejrzysty – maxymalnie wykorzystujemy wolny czas! Wylot z Katowic do Malmo w czwartek 8 stycznia i powrót we wtorek 13 stycznia to optymalna opcja. SzwedzKee trip będzie eskapadą inaugurującą sezon wojażowy A.D. 2009 ;) Teraz tylko pozostaje ustalić kwestie, gdzie tripujemy i co zabieramy (papu, ciuchy, gadżety). Ale zdajemy się na totalny spontan… W Krakowie prawdziwa zima, ziąb i multum śniegu. Ciekawe czy na północy też mają takie arktyczne warunki? Nastawione mega pozytywnie montujemy transport z Kraka do Kato. Beti padros nie może nas podrzucić Corsą C, ale dobroduszny Erico z Jaworzna (poznany podczas majowego afrykańskiego relaxu w Tunezji) zaoferował się, że dostarczy nas na lotnisko w Pyrzowicach. Zatem startujemy… Jumperem przez autostradę śmigamy! Ponaddźwiękową prędkość dostawczaka skutecznie ograniczają brudne szyby. Jak na złość, płynu w spryskiwaczu brak, a pół litra wody przemycone w butelce po pomorskim piffku Specjal nie jest w stanie poradzić sobie z taką ilością błotka. Jest klimatycznie! Jednak przeżywamy prawdziwe chwile grozy, gdy włączają się rozmaite kontrolki informujące o problemach z silnikiem… Jumper się dławi, spadają obroty, odcina się dopływ paliwa. Hmmm… Czy dotrzemy do celu na czas? Stacja BP ratuje nasz żywot! O miłościwa! Tankowanie okazuje się zbawienne, problemy znikają jak ręką odjął i już więcej żadna czerwona kontrolka nie zabłysnęła na desce rozdzielczej Jumperka. Czyżbyśmy mieli za mało ropy w baku?! Nie ważne, nie wracamy do tego! Erico podwozi nas pod terminal B, dziękczynna buźka i ciągniemy się z walizkami na odprawę biletowo-bagażową. Musimy zaopatrzyć się jeszcze w korony szwedzkie (Szwecja nie przyjęła euro!). Doznałam deja vu i przypomniały mi się gigantyczne kolejki na londyńskim Heathrow, gdy przy bramkach bezpieczeństwa kazano nam zdjąć buty! Śmieszne…ale prawdziwe! W radosnych nastrojach pędzimy wrzucić coś na ruszt – 2x lasagne. Zagadałyśmy się, zapominając prawie całkiem o „boarding time”. Zatem biegusiem pod właściwą bramkę, do autobusika dowożącego pod samolot i fruniemy! Podróż szybka i przyjemna mimo że dokoła sporo koncertujących małych dzieci. Nie minęła godzina & kwadrans i lądujemy na płycie lotniska w Malmo, jesteśmy na szwedzkim gruncie! Zagarniamy nasze walichy z taśmy i kołujemy z nimi do czekającego na nas autobusu. Linia Flygbussarna kursuje między Malmo Airport a Lund, a kierowcy są kumaci i rozumieją po angielsku. Wygodnie i w miłym ciepełku mija nam półtorej godzinna przejażdżka, z dworca odbiera nas Anuśka i prowadzi do akademika Sparta do segmentu D, gdzie nocne Polaków rozmowy rozkręcają się na dobre ;P Koniec języka za…przewodnikaPiątkowe przedpołudnie stało pod znakiem zwiedzania Lund, uchodzącego za jedno z najstarszych miast kraju. Ulokowane jest w prowincji Skania w centralnej części regionu Oresund w południowej Szwecji i co ciekawe, zajmuje dwunaste miejsce pod względem wielkości. Lund uchodzi za największy ośrodek akademicki w krajach nordyckich, kształcący przeszło 30 tys. studentów. Słynie więc przede wszystkim ze swej edukacyjnej historii oraz multinarodowej akademickiej społeczności. Nie możemy zanadto odstawać od edukacyjno-studenckich standardów, zatem plądrujemy campus uniwersytecki i próbujemy poczuć ducha tego miejsca. Wielowiekowa historia miasta skryta jest też w romańskiej katedrze Domkyrka oraz szeregu brukowanych uliczek i starych domów. Szwedzki porządek i harmonia widoczne są na każdym kroku. Nawet na talerzu, na którym Ania serwuje nam klopsiki rodem z Ikei. Dla zachowania polskiego akcentu jemy je z warzywami na patelnię. Wyborna kompozycja! Nie wolno przecież dopuścić, by polskie zwyczaje i tradycja zostały przyćmione przez te lokalne ;D Na studencko-erasmusową imprezę zabieramy zatem tylko polskie trunki. Kukułka ze wschodniej części naszej ojczyzny rozwiązała język rodakom i zaowocowała jakże cenną informacją turystyczną. DzięKee Ci Kamilu, doktorancie biotechnologii, który powiedziałeś nam o bilecie Oresund rundt! Ten pociągowy bilet pozwala zwiedzić południową Szwecję - Skanię oraz wschodnią część Danii w ciągu 48 godzin. Tripowanie byt nasz podniebny, więc było oczywiste, że skorzystamy z tej niepowtarzalnej okazji! Wesoły, tajemniczy i dość zagmatwany powrót z domówki na akademiki uwieczniłyśmy planowaniem weekendu! Morze skandynawskich atrakcji…Zwarte i gotowe, zaszczepione pomysłami zebrałyśmy się szybko w sobotni poranek z akademiowego światka i wyruszyłyśmy w pociągową przygodę. Bilet Oresund rundt za 199 SEKw dłoni, rozkłady jazdy pociągów pod ręką, plecaki na plecach i jazda! Szwedzkie pociągi wyglądają jak bohaterowie gry „Worms", takie śmieszne robale z czarną głową ;D Najpierw uderzamy do Hoor, liczyłyśmy, że dane nam będzie zobaczyć jeziora, które wyróżniają się na mapie Skanii, ale niestety nie widać ich z okien pociągu. Pozwiedzamy zatem miasteczko. Aż takimi zapalonymi fankami zwierząt nie jesteśmy, więc tutejsze zoo nas nie interesuje, ale za to miejscowa cukiernia pełna przysmaków stanowi nie lada gratkę dla naszych testerskich podniebień. Test apetycznie wyglądających i smakowitych drożdżówek (jedna z malinami i galaretką, a druga z budyniem i lukrem) wypada in plus! Zawijamy się z powrotem do Lund, skąd ruszamy na północ do Bastad. Po drodze mijamy specyficzny i dość morczny krajobraz przypominający „krainę Troli”, ale naszym celem jest morze! Spacer po plaży, poszukiwanie najładniejszych muszli wyrzuconych przez sztorm i lodowata woda idealna dla morsów, którymi mi z Beti bynajmniej nie jesteśmy! Dreptamy brzegiem morza do portu, podziwiamy nieliczne jachty i klimatyczne domki wijące się wzdłuż wąskich uliczek miasteczka. Ładnie tu, ale musimy udać się w dalszą drogę, bo następne atrakcje czekają. Wieczorową porą szwedzki Helsingborg prezentuje się nad wyraz okazale. Może spotkamy tu Henrika Larssona albo Kalle Svenssona gwiazdy szwedzkiej piłki nożnej? A może usłyszymy śpiewający Velvet? To trio pochodzi właśnie z Helsingborgu. Sił do turystycznej wędrówki dodają apetyczne hot-dogi z prażoną cebulką z 7-Eleven. W smaku identyczne jak te z Ikei ;D Jak widać, parówka w bułce, czyli amerykański standardy życia kulinarnego dociera już wszędzie. Helsingborg by night...Naszą zajaffką staje się nocne fotografowanie panoramy miasta – widok na morze dachów, morze ciekawych budynków, morze wody i morze świateł! Zaraz i my ruszamy w morze! Jako, że Helsingborg jest szwedzkim miastem położonym najbliżej Danii, płyniemy do sąsiedniego Helsingoru. Dwudziestominutową przeprawę promową gwarantuje nasz „magiczny bilet” Oresunbd rundt! Pod osłoną nocy zwiedzamy miasteczko, będące dzięki dogodnemu położeniu (przy wyjściu z Bałtyku na ocean) bardzo popularnym portem jachtowym. Mój wzrok najbardziej przyciągają kolorowe kamieniczki i stylizowane witryny sklepowe. Można z nich czerpać inspirację pod oryginalną aranżację wnętrz własnego mieszkanka! Chociaż nie powiem, widok na zamek Kronborg wznoszący się ponad taflą wody też jest niczego sobie! A teraz ciekawostka! Zamek w Helsingorze, zwany zamkiem Elsinore, zasłynął jako miejsce, w którym rozgrywa się akcja szekspirowskiego „Hamleta”. Ręka do góry, kto wiedział! Ducha historii i literatury unosi się w miasteczku! Zostało nam jeszcze 40 km do Kopenhagi, więc wsiadamy w pociąg pędzący do stolicy Danii. Duńskie pociągi podobnie jak szwedzkie to gwarancja komfortowego podróżowania! Przeglądamy lokalną prasę oferowaną bezpłatnie podróżnym i szukamy podobieństw oraz różnic między Szwedami i Duńczykami. Docieramy do celu i zwiedzamy rozświetlone ulice stolicy. Robi się późno, musimy znaleźć jakieś lokum do spania, bo zmęczenie całodzienną turystyką daje o sobie subtelnie znać. Wybór pada na hotel Loven, zdecydowanie lepszy niż sieć schronisk międzynarodowych, gdzie wszyscy gnieżdżą się „na kupie” w kilku- bądź kilkunastoosobowych pokojach. Dodatkowy atut naszego lwo-hotelu to lokalizacja w centrum miasta i gwarancja pełnej niezależności na czwartym piętrze. Przytulna „dwójka” idealnie spełnia nasze wymagania. Kopenhaskie wędrówKee…Niedzielny poranek zaczynamy od pożywnego i energetycznego śniadanka (szwedzki jogurt & polskie musli), bowiem musimy mieć powera na dalsze zwiedzanie. Zaczynamy od ogrodów Tivoli, jednak jest zbyt wcześnie, by wejść do środka i korzystać z różnorodnych atrakcji i rozrywek zgrupowanych w tym miejscu. Wkraczamy na Stroget, czyli najdłuższy deptak w Europie! Nie jest to bynajmniej nazwa żadnej konkretnej ulicy, obejmuje pięć ulic przecinających centrum miasta ze wschodu na zachód. Podążając nim, podziwiamy liczne place, zabytkowe kamieniczki i pałace, reprezentatywne budynki z okazałym Ratuszem na czele oraz katedry i kościoły, czyli standardowo to, co jest w każdym mieście i uchodzi za jego atrakcje turystyczne. Stroget usłany jest niezliczoną liczbą sklepów i ekskluzywnych kawiarni. Nas zaintrygowało Muzeum Rekordów Guinnesa, ale z braku czasu ograniczamy się tylko do fotki z najwyższym człowiekiem świata. Człowiek czuje się przy nim naprawdę mały! Dryblas Robert Pershing Wadlew mierzył bagatela 272 cm i ważył 222 kg. Jednak przy tym gigantycznym wzroście miał bardzo słabe czucie w stopach. Nie zauważył w porę infekcji, która rozpoczęła się od zwykłego otarcia, a w konsekwencji doprowadziła do jego wczesnej śmierci (w wieku 22 lat). Podążamy w kierunku dzielnicy Nyhavn, która jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów w całej Kopenhadze i jednym z najchętniej utrwalanych na licznych zdjęciach i widokówkach. Kanał z przycumowanymi jachtami i szeregiem różnokolorowych XVIII-wiecznych hanzeatyckich kamieniczek prezentuje się niezwykle okazale. Dla ciekawskich zdradzę, iż w domach nr 18, 20 i 67 pomieszkiwał sam Hans Christian Andersen, ale czy faktycznie „sam” tego nie wiem, zresztą po co mu aż trzy mieszkania? Podejrzana sprawa! Łabędzie i Syrenka...Chcesz zobaczyć przystojnych panów dumnie paradujących w ciekawych kubraczkach i kudłatych czapkach? To wybierz się w południe na dziedziniec królewskiego pałacu Amalienborg, by być świadkiem zmiany warty przez tutejszych strażników. Mniej ceremonialnie niż w Pradze na zamku, ale też warte obejrzenia. Nasz wzrok cieszy też jedna z najładniejszych fontann w mieście, fontanna Gefion znajdująca się w parku Churchilla. Oczywiście obowiązkowy punkt programu to figura Małej Syrenki wywodząca się z baśni Andersena i będąca symbolem Kopenhagi. Siedzi skulona na głazie wyłaniającym się z wody nieopodal portowego nadbrzeża i pozuje turystom do ich sesji zdjęciowych. My z Beti zanadto jej nie męczyłyśmy, taka „kobieca solidarność”, trzy zdjęcia i idziemy pospacerować po Kastellet, zwanym „pierścieniem militarnym”. Cytadela pochodzi z XVII wieku, zbudowana została na planie pentagramu i stanowi ostatni zachowany element kopenhaskich murów obronnych. Teren idealny do joggingu i rowerowych przejażdżek. Skandynawowie dbają o kondycję fizyczną w myśl zasady „W zdrowym ciele, zdrowy duch”. Musimy uzupełnić wydatek kaloryczny spożytkowany na te turystyczne wędrówKee, więc udajemy się na lunch do „Papas”, gdzie delektujemy się kuchnią meksykańską i włoską, czyli moimi ulubionymi! Prawdziwy raj dla podniebienia! Polecamy zgodnym chórem. Na dworcu kolejowym odwiedzamy jeszcze pocztę i posyłamy kartki naszym familiom. Zaopatrzone w czekoladKee Ritter wskakujemy do pociągu i przemieszczamy się do Malmo. Oba kraje łączy przerzucony przez cieśninę Sund most Oresund długości 7845 m, będący znakomitym przykładem architektonicznych możliwości. Przejażdżka tym cudem techniki to naprawdę niezapomniane wrażenie. I znów jesteśmy w Szwecji… Zachód słońca na cyplu…Z Malmo gonimy autobusem linii 100 do nadmorskiego Falsterbo. Docieramy na cypel Skanii dosłownie na chwilę przed zachodem słońca – wymarzona sceneria dla każdego fotografa! Złocisty piasek, błękitne morze, czerwona słoneczna kula. Udało nam się uchwycić wszystkie te elementy i z uśmiechem na ustach możemy wracać. Fani zespołu Feel zapewne nuciliby już jakże popularną piosnkę „Jest już ciemno”, ale my będziemy wtórować Muńkowi Staszczykowi z T.Love i wołać „Jest super, jest super”. Ponownie lądujemy w Malmo, by pospacerować po najważniejszych i najładniejszych uliczkach i placach miasta, by poczuć jego klimat. Chcemy też zobaczyć unikatowy „pokręcony” 190-metrowy budynek mieszkalny Turning Torso, zbudowany z 9 sześcianów i 54 kondygnacji. Ciekawe wydają się być też urokliwie podświetlone zamek i ratusz z XVI wieku, w pobliżu którego znajduje się odkryte lodowisko. Słychać rodaków, co tylko potwierdza regułę, iż Polacy są wszędzie… Ostatni odcinek naszej babskiej „pociągowej eskapady” na dwudniowym bilecie Oresund rundt to trasa relacji Malmo-Lund. Wracamy do Anuśki, w parku nieopodal akademików kicają zające, to nie omamy wzrokowe! To „zmylacze dróg powrotnych”, to one to komplikowały nam powrót z piątkowej prostudenckiej imprezy. Przekraczamy próg pokoju, rozpoczynamy relację z wojaży i od razu przystępujemy do akcji „gotuj i jedz…” Błogo się spało, błogo jadło się tosty z wyskakującego tostera (każda z nas nazywa to urządzenie inaczej…tak jak różne są definicja kanapki i bułki, ale o tym innym razem…), błogo czytało się polską gazetę motoryzacyjną, a teraz błogo będzie się zwiedzać akademickie Lund. Dublujemy poniekąd trasę piątkowej wędrówKee, ale co ważne, odkrywamy też nowe, interesujące punkty na mapie miasta. Sporo tu zakamarków, a w ich plątaninie niełatwo się zgubić. Trzeba być czujnym i mieć jakieś „zapamiętane obiekty”. Oczywiście, z żadnych tripów nie wolno wracać z pustymi rękami, toteż zaopatrujemy się w pamiątki z podróży w pobliskim sklepie. Za szwedzkie gadżety posłużą nam narodowe socksy i karabińczyki (w sam raz w góry do przypięcia sprzętu do plecaka, jednak nie polecamy ich na ściankę, są zbyt delikatne!). Banan na ustach stał się jeszcze większy, gdy w sklepie Ika dopadłyśmy ścianę z żelkami i słodyczami. Wrzucamy smakołyki do papierowych toreb i kontrolujemy ich wagę oraz zawartość. Najlepiej, aby się zanadto nie powtarzały, to będą większe szanse na degustację. No, jak małe dzieci ;D Browar test...Ale prawdziwą dojrzałością musiałyśmy się wykazać wieczorem podczas testowania…piwa. Sześć różnych butelek, sześć różnych smaków, a cały ranking i analizę właściwości skrupulatnie sporządziła Beti. Najmocniejszy trunek miał aż 3,5% alkoholu. Zabójcza dawka ;D To już bardziej cena zwalała z nóg, jedno piffko kosztowało średnio 7-8 zł, czyli tyle co w lokalu na krakowskim Rynku… Ale wrażenia są bezcenne! Zmiana realiów… Nie lubię powrotów, ale są nieuniknione! Opuszczamy dziś gościnny Lund i naszą Anulkę. Musimy wracać do kraju, do rzeczywistości. Hmmm… najtrudniej jest się przestawić na swoją obowiązkową i przyjemnościową reality po kilku dniach totalnego loozu. Dla osłody kupuję na „bezcłówce” trzy trójkątne czekoladKee Toblerone ;D Ślinka cieknie na samą myśl! Mimo turbulencji sprawnie pokonujemy przestworza między Malmo a Katowicami, konsumujemy kolację na polskim gruncie i polskimi, bardziej wyboistymi drogami wracamy z siostrą Beti i jej menem do Krakowa. Tak sobie dumam, że te sześć piw z wczoraj mogłoby równie dobrze być synonimem sześciu dni spędzonych w Skandynawii. Każdy day miał inny smak i aromat, inną dawkę wrażeń (czytaj promili:) i przyniósł inne przygody. W życiu najfajniejsza jest ta nietendencyjność, spontaniczność i brak monotonii! Trzeba zawsze mieć przy sobie zestaw kolorowych kredek (czytaj pozytywnych emocji i pomysłów) i malować nimi świat! Zobacz galerię ciekawych miejsc w południowej Szwecji Copyright by Keenya
|
- Powrót do średniowie…
- Rezerwat Kadzielnia …
- Cesky weekend w Ostr…
- Śląsk w wielu odsłon…
- Pasmo Baraniej Góry
(0 głos)












