| Alpejsko-szwajcarski czas |
Zapach alpejskich łąk, sielskość wiosek, miasteczek i miast, magia górskiego klimatu, istna cisza i niczym niezmącony spokój… jakże łatwo tu o zamyślenie…o zasłuchanie we własną duszę…„Zamykam oczy, widzę przestrzeń” - uczucie niemal identyczne jak to, które towarzyszyło autorowi cytowanego fragmentu piosenki. Serce chce krzyczeć „tu jest bosko! Zostaję!”. Masz wrażenie, że wszelkie obowiązki i cała przyziemność zostały gdzieś daleko, że są poza Tobą! W tej wytęsknionej wolności i niezależności chłoniesz to, co matka natura ma najpiękniejsze! A najpiękniejsze są w Szwajcarii właśnie krajobrazy – alpejska dolina pełna domków i górujące nad nią postrzępione szczyty rysujące błękit nieba. Tak właśnie wyglądała się nasza geoturystyczna przygoda w Gryzonii! Ale po kolei… I jak tu nie lubić niespodzianek…Uwielbiam wszelkie spontaniczne akcje, ale generalnie jestem w tym całym spontanie „istotą poukładaną” i do każdego tripu starannie się przygotowuję. Nie inaczej miało być i tym razem. Założyłam sobie, że spakuję się w przeddzień wyjazdu i to zaraz po pracy, ale… nawet w najśmielszych snach nie spodziewałabym się, że w piątek spotkam w Krakowie moich kanadyjskich przyjaciół i zatoniemy w rozmowach po angielsku przy polskich złotych trunkach. Ostatnio widziałam się z nimi w zeszłe wakacje w Calgary, więc przez ostatni rok sporo się musiało wydarzyć. Jednak w sobotę rano pełna mobilizacja! Dwa plecaki pełne dobrobytu i ja przepełniona pozytywnymi inspiracjami turystycznymi. Sporo przed czasem spotkałyśmy się z Betinką na górnej płycie nowoczesnego krakowskiego dworca PKS i grzecznie (jak zawsze zresztą;) czekamy na autobus biura Bermuda. Kolejna towarzyska niespodzianka – znajomy kierowca Jarek będzie naszym szoferem w drodze do Zurychu. Co za pozytywny zbieg okoliczności! Wszyscy pasażerowie jadą za chlebem, jadą do pracy, tylko my dwie, jak zwykle, obieramy turystyczny cel i z plecakami, z których wystają kijki do nordic walkingu, przedzieramy się na tył ekskluzywnego autobusu. Startujemy po kolejne doznania tripowe! Kilkunastogodzinna podróż przez Polskę, Czechy, Austrię, Niemcy i Szwajcarię nie męczy, buzie nam się nie zamykają, a dobre humory tradycyjnie dopisują. Mania zwiedzania…Zurych stał się początkiem naszej szwajcarskiej eskapady. Mimo że wysiadłyśmy na dworcu już o szóstej rano w niedzielę, nic nie stało na przeszkodzie, by udać się na wczesno poranne zwiedzanie miasta. Bagaże zostawiamy w szafkach na dworcu, nie są nam teraz absolutnie do szczęścia potrzebne i z wydrukowaną mapką miasta udajemy się na tur-spacer. To, że na każdym kroku spotykamy banki i sklepy z zegarkami (zatrzymuję się prawie przy każdej witrynie, Betinka może powiedzieć coś więcej na temat mojej słabości do dużych zegarków;), nie powinno chyba nikogo dziwić. Docieramy nad Jezioro Zuryskie, jest jednak za wcześnie, by wybrać się na jakiś rejs statkiem, pozostaje nam więc przechadzka wzdłuż brzegu i przecięcie parku. Teraz Beti jest w swoim żywiole, fotografując łabędzie, które dają nura i pokazują całemu światu swe śnieżnobiałe kupry. „Każdy ma jakiegoś bzika…” Przeprawiamy się na piechotkę wzdłuż kanału, kierując się w stronę starszej, zabytkowej części miasta. Dzięki profesjonalnie przygotowanej mapce wiemy, gdzie udać się w następnej kolejności – pora na wzgórze, z którego roztacza się ciekawa panorama na zuryskie atrakcje. Żar leje się z nieba, więc w ramach sjesty turystycznej można złapać parę słonecznych promyków i utrwalić nasze egipsko-tunezyjskie opalenizny. Jednak prawdziwy cel naszej podróży jest oddalony od nas o dobre kilkadziesiąt kilometrów, toteż musimy się sprężać. Wypaśnym ekskluzywnym pociągiem, przypominającym samolot, mkniemy przez Chur do Domat/Ems. Miejscowi patrzą na nas jak na wariatki, gdy pytam ich po angielsku i niemiecku o pobliski kemping. Zmowa milczenia czy trafiłyśmy pod niewłaściwy adres? Nie poddajemy się i uparcie dreptamy przed siebie obładowane bagażami jak muły w południowoamerykańskich wioskach. Yeah! Jesteśmy na miejscu! Eugenowskie obozowisko jest sprytnie skryte w lesie, toteż nic dziwnego, że praktycznie nikt z tubylców nie wie o jego tymczasowym istnieniu. Szkoda tylko, że organizatorzy nie postarali się o lepsze oznakowanie, ale przyjmijmy, że jest to mistyfikacja w najczystszej postaci i tak miało być ;D Znajdujemy perfekcyjne miejsce, w którym wznosimy nasz namiot – szwajcarski azyl. Lokujemy w jego dwóch komnatach nasz cały dobytek i idziemy zwiedzać okolicę. Nie ma to jak łyk wody z lodowatego Renu i towarzystwo lubiących opowiadać wszystkim wszystko sąsiadów z Litwy. Na własną rękę…Poniedziałek został zarezerwowany na przyjazd uczestników Eugen 2008, co dla już przybyłych oznacza dzień wolny. Należy go więc dobrze spożytkować, najpierw spacer po pobliskich Wandernweg bogatych w piękne krajobrazy - rwący Ren i Alpy w tle, następnie wyruszamy w miasto, a raczej klimatyczne miasteczko Tamnis. Jako że szwajcarskie pociągi cieszą się już naszą sympatią, chętnie korzystamy z ich usług i udajemy się do sąsiedniej miejscowości Bonnaduz. To miasteczko będzie się nam kojarzyć z nietuzinkowym lunchem, bowiem delektowałyśmy się alpejską słodyczą czekolady Lindt, czując się przy tym jak na planie spotu reklamowego emitowanego we wszystkich krajach Europy! Fantazjować zawsze można ;D Inne smaki wyczuwały nasze kubki smakowe podczas pierwszej grupowej kolacji. Zarejestrowałyśmy się z Beti jako uczestniczki Eugen 2008 i wraz z Anią (inicjatorką naszej eskapady do Szwajcarii – dzięKee Mała!) i Asią dumnie będziemy reprezentować Polskę na tym europejskim zlocie geologów i geoturystów! Wszyscy, czyli około 200 osób, dostaliśmy materiały z planowanymi wycieczkami terenowymi.Rozpoczęły się zapisy i zgadnijcie, co wybrałyśmy jako pierwszy cel geologicznych eskapad? Tunel Gotarda… Nie musiałyśmy się długo zastanawiać, gdyż wiedziałyśmy, że drugi raz taka okazja może się nie trafić, więc wybór padł na Gotthard Base Tunnel. Ubrani w pomarańczowe kurtki, kaski ochronne i sztywne obuwie mogliśmy zwartą grupą wejść do środka i przyjrzeć się z bliska całej konstrukcji. To geoinżynierskie cacko robi niesamowite wrażenie! Ciekawe, czy kiedykolwiek doczekamy się takich zaawansowanych technologicznie rozwiązań w naszym kraju? Zgodnie z pierwotnymi założeniami, Tunel Gotarda ma być najdłuższym ze zbudowanych dotychczas tuneli na świecie, mającym 57 km długości. Rozpoczęcie budowy nastąpiło w 1998 roku, a całość ma zostać oddana do użytku w 2011 roku. Szacuje się, że przewidywany koszt budowy to bagatela 8 miliardów franków szwajcarskich. Tunel ma skrócić czas przejazdu między ważniejszymi miastami Szwajcarii, a także rozładować ruch tranzytowy zmierzający w kierunku Europy Południowej. Chyba każdy kraj powinien wprowadzać takie rozwiązania, by podróże z punktu A do B mogły stać się szybsze, bezpieczniejsze i przez to bardziej komfortowe. Cóż za głęboka refleksja? ;D Alpejskie szczytowanie…Na hiking każdy dzień jest dobry i o tym ani Beti, ani mnie nie trzeba przekonywać! Za sugestią Betinki na nasz alpejski spontan hiking wybrałyśmy jako punkt startowy Tamnis 662 m n.p.m., metą zaś miał być jeden z okolicznych dwutysięczników, który – czas pokaże. Za profesjonalną mapę służyło nam zdjęcie tablicy z tutejszymi szlakami górskimi, bardzo awangardowo, ale najważniejsze, że skutecznie. Wspinaczka jak zawsze była przyjemna i obfitowała w ciekawe widoki, zwłaszcza po zdobyciu pierwszego schroniska, kiedy to już opuściłyśmy przeważające partie lasu. Chwila na leżenie na zielonej trawce i podziwianie błękitu nieba oraz „zanurzenie w bezruchu”, by nie spłoszyć motyli, które uczyniły sobie z naszych ciał lądowisko. Po tej przerwie i jakże bliskim obcowaniu z naturą kierowałyśmy się już na przełęcz Kunkeslpass 1357 m n.p.m. Widoki nieprzeciętne, wysokie szczyty przed nami, głęboko wcięte alpejskie doliny u naszych stóp. Bajka! Jakby tych wszystkich atrakcji było mało, to jeszcze czerwona facja Veruccano widocznie oddzielająca od siebie dwie formacje geologiczne, budzi nasz geologiczny zachwyt i zaciekawienie. Szybko docieramy do schroniska Ringelspitzhutte zlokalizowanego na wysokości 2000 m n.p.m., posilamy się przepyszną zupą gulaszową, zamieniamy słówko po niemiecku i we trójkę fotografujemy z sympatycznym gospodarzem obiektu. Jako powrotną drogę obieramy zejście doliną, którą nazywamy od tej chwili „krowostradą” z uwagi na liczne Milki, jakie blokują trasę naszej wędrówki ;D Chyba to one bardziej boją się nas niż my ich! Głęboko wcięta dolina z górskim potokiem, przetykana na zmianę kolorowymi łąkami kwiatów i traw oraz połaciami śniegu to idealna sceneria na odpoczynek od zgiełku codzienności. W rewelacyjnych nastrojach wracamy do namiotu i wprawiamy w osłupienie słuchaczy naszych alpejskich opowieści. Dziś wszyscy obozowicze realizowali plan „gry i zabawy”, ale my z Beti nie jesteśmy przecież przedszkolakami! Stolikowy lans…Pora na drugą turę grupowych wycieczek. Nasz wybór pada na „szwajcarski Grand Canyon”, czyli osuwisko Rockslide Films. Bogactwo przyrodniczych atrakcji gwarantowane! Alpejskie wioski i miasteczka, majestatyczne góry, turkusowe jeziorko w otoczeniu iglastych lasów, trasy spacerowe i oczywiście, obecne wszędzie tunele. Pobliskie miasteczko Laax to słynny na całą Europę alpejski ośrodek turystyki zimowej. Popołudnie i wieczór również należały do przyjemnych, a wszystko za sprawą dobrej atmosfery pod głównym namiotem, jaką rozkręciłyśmy z Betinką, tańcząc na stole ;D nasz popisowy numer znów się sprawdził! Nawet najbardziej zatwardziali sztywniacy zaczęli ruszać bioderkami. „Wyginam śmiało ciało” rozbrzmiewało eugeńskich duszach. Od tej chwili stałyśmy się jeszcze bardziej rozpoznawalne i wszyscy wiedzieli już, że jesteśmy z Polski. Jednak musiałyśmy nieco zmniejszyć ten poziom adoracji, bo inaczej koledzy z Rumunii przeprowadziliby się w nasze rejony Karpat ;D Aktywny geoturysta…Co do dzisiejszego dnia miałyśmy z Betką duży dylemat – Alp Flix czy Glarus? Decyzja zapadła i wybrałyśmy bramkę numer dwa. Nie był to na szczęście żaden zonk ;D Tylko pan Mark Feldman, geoturysta z krwi i kości, realizujący swą pasję i docierający w nieznane dotąd zakątki szwajcarskiej ziemi swoją leciwą Pandą. Najpierw wyłożył geologię rejonu, w którym się znaleźliśmy i zabrał nas pod urokliwy wodospad. Pewnie i bezpiecznie po trasie pełnej serpentyn zjechaliśmy naszym niezawodnym Eugen-autobusem do kolejnego punktu wycieczki. Spod rozbudowującego się narciarskiego kompleksu przemaszerowaliśmy w stronę wąwozu, o którym tak naprawdę nikt nie wie. Momentalnie przyszło nam, absolwentkom geoturystki na AGHu na myśl, że można by uczynić z tego miejsca nie lada atrakcję geoturystyczną. Dla kontrastu miejsce, w którym wytryskują źródła wód siarkowych, jest mocno spopularyzowane w tej części Szwajcarii. To samo z wioską Elm, która stała się popularna przez tragiczną „powódź” wywołaną przez osuwisko łupków oraz wytwórnię tablic szkolnych. Nieopodal znajduje się muzeum ichtiofauny, do którego warto zajrzeć na dziesięć minut. Najstarsze miasto...Trio geologicznych eskapad zakończyło się z dniem wczorajszym, a sobota stała pod znakiem zwiedzania Chur. Organizatorzy zorganizowali eugeńczykom transport pociągiem do najstarszego szwajcarskiego miasta. Dalej działałyśmy z Beti na własną rękę, przedreptałyśmy tutejsze place, uliczki, podziwiając urokliwe kamieniczki i zabytki lokalnej architektury. Ciekawa panorama roztacza się na miasto z kościelnego wzgórza. Chur w dużej mierze otoczonego jest murami. Plądrowałyśmy też sklepy z propozycjami aranżacji wnętrz, z gadżetami rodem ze szwedzkiej Ikei oraz galerie i butiki z ciuszkami. Do gustu szczególnie przypadły nam kapelusiki, ale ich ceny nie zwalały już nas z nóg! Wróciłyśmy zamówionym specjalnie na nasze potrzeby pociągiem i dalszą część popołudnia spędziłyśmy nad Renem. Wieczorem znów harce na stołach… Korzystać z okazji…Okazje i szanse są po to, by z nich korzystać! Dlatego też poprosiłyśmy naszego znajomego kierowcę Jarka, by zmienił nam miejsce wsiadania z Zurychu na St. Gallen. Udało się i tym sposobem mogłyśmy podziwiać kolejną wizytówkę szwajcarskiej ziemi. Piękna i różnorodna w swej architekturze starówka potrafiła przykuć naszą uwagę. Okazale prezentują się budynki zdobione przez różnokolorowe malowidła, rzeźbione balkony oraz reliefy. Na trasie naszej miejskiej wycieczki znalazła się też kolegiata z biblioteką kolegiacką, które od 1983 roku figurują na Liście UNESCO. Zaskoczyło nas natomiast, że w piękny słoneczny niedzielny czas na ulicach miasta były praktycznie pustki, a o zjedzeniu czegoś w tutejszej restauracji mogłyśmy jedynie pomarzyć. W Krakowie takie gastronomiczne niewykorzystanie miasta i jego atrakcji jest wręcz nie do pomyślenia. Na szczęście dla naszych wygłodniałych brzuszków, udało nam się trafić na punkt z tureckim kebabem, którego konsumowałyśmy, siedząc przy fontannie w samym sercu jednego z placów St. Gallen. Czas nam nieubłagalnie przypominał, że pora dreptać na dworzec po bagaże, zaopatrzyć się w szwajcarskie smakołyki i ruszać do kraju. Jednak w duszach grała nam elektryzująca melodia oznajmująca wszem i wobec, że jeszcze tu wrócimy! Copyright by Keenya
|
- Cesky weekend w Ostr…
- Śląsk w wielu odsłon…
- Pasmo Baraniej Góry
- Skandynawski pociąg …
- W świecie cyrulicy, …
(0 głos)












