| Smak arabsko-afrykańskiej Tunezji |
Niespodzianki lubi chyba każdy! A nagrody już na pewno każdy! Toteż afrykańskie klimaty miały być dla naszych trzech kobiecych „absolwenckich dusz” ukoronowaniem edukacyjnych zmagań! Podczas kolejnego, tym razem stricte babskiego oblewania dyplomów zacnej krakowskiej uczelni ekonomicznej, rzuciłam hasło, byśmy wybrały się w maju na total chillout do…ciepłych krajów. Idea (początkowo potraktowana przez panny z Kieleckiej z przymrużeniem oka) szybko stała się faktem! Wybór padł na arabską Tunezję i żadna z nas do dziś go nie żałuje, wszak ta świetnie zapowiadająca się przygoda była rzeczywiście strzałem w dziesiątkę! All inclusive…Wielkimi krokami zbliża się wyczekiwany dzień wylotu do Afryki – urlop! Każda lady ma już wszystko skrzętnie przygotowane i spakowane, a ja wymyśliłam sobie jeszcze, że potrzebuję nowego, profesjonalnego, dużego aparatu… no i rano, przed pracą, dzikim tempem pobiegłam odebrać moją nową zabawkę – hybryda Fuji (przejściówka między kompaktem a lustrzanką). Jak szaleć, to szaleć ;D Szkoda tylko, że wylot mamy tak późno, bo dopiero 22 z Balic, a przecież każda z nas chce już być na miejscu w tunezyjskim Monastirze. Zagadałyśmy się na dobre, jak to baby ;D i lot Nouvelair’em przeleciał nam dosłownie przed oczyma! Szybki transfer do Sousse, check-in w hotelu, rzucamy bagaże do pokoju i po drugiej w nocy wychodzimy na miasto, by pospacerować po plaży – rewelacja! Nie stąd ni zowąd stałyśmy się obiektem adoracji grupki Tunezyjczyków, którzy próbowali się z nami dogadać łamaną angielszczyzną, deklarując najgorętsze uczucia i stały kontakt przez Skype’a! Ubaw po pachy ;D Jednak mimo tych romantycznych chwil i miłosnych wzruszeń mogłyśmy spokojnie zasną przed szóstą rano. Promienie słońca wdzierały nam się do pokoju przez otwarty balkon i dawały delikatne znaki, że pora iść na śniadanko, bo czeka tam bogaty szwedzki stół i najlepszy wynalazek hotelowo-gastronomiczny, czyli opcja all inclusive. Podczas spotkania z rezydentką precyzuję dokładnie swoje turystyczne plany w stosunku do Afryki, ale na zdradzanie tajemnic przyjdzie czas później… Pierwszy dzień pobytu spędzamy na hotelowym basenie i to nad wyraz aktywnie - grając w waterpolo, siatkówkę, lotki, zjeżdżając z rury (młodzi animatorzy dbają o hotelowych gości), trzaskając się na leżakach, popijając drinki i zawierając nowe znajomości. Żar leje się z nieba, późne popołudnie to dobra pora na spacer wzdłuż plaży w stronę cypla, na sesje zdjęciowe i podziwianie miasta z perspektywy reprezentatywnego deptaka. „What’s your name?”, ”You have beatiful blue eyes” słychać praktycznie na każdym kroku. Znów fani Europejek nas otaczają, więc trzeba się kulturalnie i stanowczo opędzić od tłumu adoratorów. Wieczorem atrakcji też nie brakuje, do późnych godzin nocnych kwitnie pełna multinarodowa integracja w barze hotelowym i na parkiecie. Taksówkowa samowolka… Beztroski plan dnia w pełni nam odpowiada! Przecież jesteśmy na wakacjach ;D Rytuałem stał się już basen, leżakowa sjesta, drinki, truskawki i owoce morza, a na dokładkę postanowiłyśmy zafundować sobie przejażdżkę do miasteczka Port El Kantaoui, bo z opowieści wiemy, że warto! A ja wychodzę z założenia, że najlepiej przekonać się o wszystkim na własnej skórze i mieć własną obiektywną ocenę każdej sytuacji. Na pewno nie polecamy jazdy żółtymi taksówkami, bo tutejsi kierowcy to prawdziwi desperaci, szaleńcy, nie respektujący żadnych przepisów drogowych! Na porządku dziennym jest ciągłe trąbienie, krzyki i wrzaski, przejeżdżanie na pasach praktycznie „po pieszych” oraz jazda środkiem (linia oddzielająca pasy tak naprawdę dzieli tutaj samochód na część lewą i prawą). Warto jednak spróbować tej oryginalnej przejażdżki, by zobaczyć jak to tutaj jest… Jednak jeśli chcemy poczuć adrenalinę, to znacznie lepszy jest tor wyścigowy czy pas autostrady w bardziej cywilizowanych warunkach i my sami za kierownicą w myśl zasady „Umiesz liczyć, licz na siebie”! Najwięcej przyjemności dostarcza nam chwila, gdy możemy wysiąść z yellow taxi i przejść się po Port El Kantoui. Prywatne jachty, komercyjne statki oraz klimatyczne łódki prezentują się bardzo okazale. Kupcy z okolicznych stoisk umiejętnie naganiają klientów i jeszcze chętniej się z nimi targują (targowanie to podstawa w krajach arabskich!). Polecam zakup bębenków z drzewa sandałowego i skóry wielbłądów oraz oryginalnych arafatek! Te masowo oferowane w Polsce to marnej jakości podróbki. Do kolekcji złotych Pumek z Florydy i czarnych Adidasów ze Szkoplandii czas dorzucić białe Pumki z Tunezji. Kobieca mania kupowania! Specjalnym statkiem, który pozwala obserwować mieszkańców podwodnego świata udajemy się na rejs po otwartym morzu. Przygoda fajna, ale to nie to samo co nurkowanie na egipskich rafach koralowych. Oczywiście, ceny za bilety na tę wycieczkę zbiłyśmy do śmiesznych stawek! Wieczorem, po mniami kolacji, nie we trzy, lecz już w „polską siódemkę”, kluczyliśmy po wąskich uliczkach mediny w Sousse. Co niektórym zakupoholizm na tutejszym suku (bazarze) daje się mocno we znaki, ja tym razem zadowalam się zwojami papirusów, które specjalnie oprawione zawisną na ścianach w salonie. Plądrowanie stoisk i zaułków mogłoby trwać bez końca, ale jutro trzeba wcześnie zerwać się z łóżka, bo Sahara wzywa! Domy wydrążone w skale…Saharyjska karawana…Za chwilę będę miała możliwość spełnić moje kolejne marzenie – postawię stopę na pustyni! I to nie na byle jakiej pustyni, bo na piaskach Sahary! Warto wierzyć w marzenia, bo one, prędzej czy później, spełnią się! Tunezyjska część Sahary to tylko fragment Wielkiej Pustyni, ale występują tu cztery rodzaje powierzchni – piaszczysta, żwirowa, skalista i słona. Pustynną przygodę zaczynamy od „Bramy Sahary”, czyli miasteczka-oazy Douz. Karawana wielbłądów już na nas czeka! Przyodziewam więc arafatkę i pasiaste, tradycyjne arabskie galabije. Siadam na jednogarbnego giganta i jazda ;D Piasek bije po twarzy, wysusza usta aż chce się pić, wiatr wzmaga się, ale z każdą sekundą ma się wrażenie, że temperatura nieubłaganie wzrasta. Wszak jesteśmy na pustyni, na piaszczystych wydmach Wielkiego Ergu Wschodniego. Odnoszę wrażenie, że mam fatamorganę. Nie ja jedna! Podekscytowani jedziemy do hotelu Souk Lahdeb, marząc tylko i wyłącznie o prysznicu. Po apetycznej kolacji lądujemy w miejscowym barze pełnym tubylców i „naszych”. Swoista integracja przy sziszy i „wesołych kubeczkach” ;D Nocą grzecznie (bo jakby inaczej) kładziemy się do łóżek, które przypominają… katafalk. Róże pustyni i las palmas… Nie ma to jak pobudka 4:20 w niedzielę i bynajmniej nie wstajemy na wielkanocną rezurekcję, lecz jedziemy podziwiać wschód słońca nad słonym jeziorem Chott El Jerid (Wielki Szot). Uchodzi ono za największe w Afryce Północnej, w najdłuższym miejscu ma 250 km, zaś w najwęższym 20 km. Przeważnie Wielki Szot jest wyschnięty, a faktura spękanej gliniastej ziemi kryje w sobie przepiękne kryształy soli zwane „różami pustyni”. Drobne kryształki można spróbować znaleźć samemu, jednak te większe łatwiej jest nabyć na przydrożnych straganach. Ciekawostką są na pewno odbywające się na jeziorze mistrzostwa żaglowozów (landyachts). Nie jest to nic innego jak tylko deska na kółkach z żaglem, która potrafi rozwinąć prędkość do 80 km/h. Podobną prędkość jest w stanie osiągnąć też nasz autobus, który dostarcza grupę do Tozeur. Teraz czeka nas przejażdżka dorożkami konnymi po lesie palmowo-daktylowym, w którym rośnie przeszło 300 tys. drzewek, w tym 54 gatunki daktyli. W tak suchym klimacie doskonale sprawdza się system irygacyjny – każda palma jest nawadniana o określonej porze. Jeśli zawitasz kiedyś do las palmas, spróbuj wspinaczki po palmie i nie przejmuj się, gdy ktoś z boku powie „Palma mu odbiła!” ;D Jeep-safari…Extreme przygód nigdy dość! Wybieramy się teraz na dwugodzinną jeepową przeprawę przez Saharę! Rząd Nissanów Patrol i Toyot LandCruiser przygotowany specjalnie dla nas! Pędzimy przez pustynię, zostawiając za sobą tumany piasku! Z łatwością wspinamy się na kolejne wydmy i szybko z nich zjeżdżamy. Precyzja ruchów i ryk silnika! Kierowcy śmigają sobie przed nosem, uśmiechając się zza przeciwsłonecznych okularów. Ścigają się między sobą, dostarczając nam coraz to nowych, mocniejszych porcji wrażeń! Poziom adrenaliny wzrasta z każdą minutą! To nie jest kraj dla słabych ludzi… Pierwszym przystankiem jest miejsce, w którym kręcono niegdyś słynne „Gwiezdne wojny”, w sam raz dla fanów fantastyki, czyli nie dla mnie. Jednak oryginalne i naturalne pustynne eksponaty służą za świetną scenerię zdjęciową. Pędzimy pustynią, a potem czarnym asfaltem i sznurem serpentyn podążamy w stronę granicy z Algierią. Wszędzie na horyzoncie rysują się me ukochane góry. Docieramy do osady Chebika położonej w górach Atlas, lekki hiking pod wodospady gwarantuje fantastyczną panoramę na okolicę. Na horyzoncie pustynia i góry! Bajecznie! Niezwykłych widoków doświadczamy również w wiosce Tamerza podczas energicznego spaceru dnem wąwozu. Sielskość natury i konsumpcjonizm tworzą dysonans nawet tutaj. Żyłka arabskiego biznesmena wyczuwalna jest na okolicznych straganach. Prawie jak Mekka…Religia to fundamentalna wartość w krajach arabskich. Miasto Kairuan (oznacza „obóz wędrownych nomadów”) jest po Mekce, Medynie i Jerozolimie czwartym świętym miastem islamu. Z dachu sklepu z dywanami możemy podziwiać Wielki Meczet zwany też Meczetem Sidi Okba, od imienia fundatora i założyciela miasta. Poza nim w Kairuan znajduje się bagatela sto innych meczetów. Pamiątek i gadżetów w kobiecej garderobie nigdy za wiele, więc torebka ze skóry wielbłąda na pewno stanie się elementem mego stroju ;D Dla fanów kinematografii też mam dobrą wiadomość. Zapewne zainteresuje was fakt, że w Kairuan, który dla potrzeb filmu udawał egipski Kair, kręcono sceny do kolejnej serii przygód Indiana Jones „Poszukiwacze Zaginionej Arki”. Wprawdzie weekendowych wrażeń moc dobiega już końca, ale wieczorna kolacja i nocne posiadówki w barze to dobra okazja do wspomnień. Wznieść się w przestworza… Plan na poniedziałek był taki, by zwiedzać Sousse, ale zaspałyśmy, więc konieczna była modyfikacja pierwotnych założeń. Po śniadanku wybrałyśmy się we trzy na plażę, wraz z Marzenką postanowiłyśmy spróbować swych sił w… powietrzu. Lecimy na paralotni kontrolowanej przez kierowcę motorówki i nasze łapki pociągające „za sznurki”. Pod stopami wezbrane wody Morza Śródziemnego, na horyzoncie panorama miasta jak na dłoni. Wszystko wydaje się takie malutkie, drobniutkie. Zawieszone w powietrzu nie mamy ochoty schodzić na ziemię… Jednak trzeba się zbierać, bowiem organizatorzy fundują nam dziś dawkę tunezyjskiego folkloru – wieczór beduiński. Prezentacja miejscowego rzemiosła i rolnictwa, pokazy fakira i artystycznej jazdy konno oraz taneczne show. Chętni mogli nawet całować się z...wielbłądem czy zrobić sobie tatuaż z henny albo poczuć jak to jest „mieć coś na głowie” (kilka glinianych dzbanów). Ucztą dla podniebienia była regionalna kolacja zakrapiana tutejszym winem. Smak historii…Kolejną wycieczką fakultatywną była eskapada do stolicy, do Tunisu. Tahar, nasz saharysjki przewodnik, znów spisał się rewelacyjnie. Piękną polszczyzną, dokładnie opowiedział nam historię swej ojczyzny. W swych ciekawych relacjach uwzględniał wątki turystyczne, gospodarcze oraz polityczne – sprawowanie władzy przez prezydenta Burgibę. W Tunisie dostaliśmy czas wolny, więc każdy rozbiegł się gdzie chciał. Nie obyło się bez zwiedzania i delikatnych zakupów na olbrzymim suku (bazarze). Chęci większe niż możliwości finansowe, ale mierzmy siły na zamiary. Na ulicznych straganach nie honorują kart kredytowych i w sumie dobrze ;D Mozaiki z zamierzchłych czasów w tunezyjskim Muzeum Bardo robią wrażenie! Ale osobiście wolę inne formy sztuki… W drodze do Kartaginy zatonęliśmy z Erykiem w rozmowach nie o sztuce, lecz o podróżach, samochodach i naszej Gaude Mater (AGH w Krakowie). Wpisana na Listę UNESCO Kartagina, znajduje się w niezwykle malowniczej scenerii, otacza ją błękit morza i zieleń parku i jest jednym z najwspanialszych miast starożytnego świata. Zachwyt budzi rzymski teatr, amfiteatr czy termy Antoniusza. Godne uwagi są również punickie porty i Muzeum wczesnego chrześcijaństwa. Kartagina jest rodzinnym miastem Hannibala. To tu rozegrał się tragiczny romans Dydony i Eneasza, opisany na kartach „Eneidy” Wergiliusza. Przeczytanie utworu zajmie zapewne mniej czasu niż zwiedzenie wszystkich zabytków, jakie kryje w sobie Kartagina. Ostatnim punktem na trasie dzisiejszej wycieczki jest niebiańsko wyglądające miasteczko Sibi Bou Said. Dlaczego niebiańskie? Bo pełno tu niebieskiego koloru, który kojarzy się z niebem i morzem. Przeplata go nieskazitelna biel, która wspaniale komponuje się z otoczeniem. Labirynt uliczek kryje w sobie urokliwe wille, klimatyczne domki, pięknie zdobione bramy i drzwi. Miasteczko położone na klifie nad Zatoką Tuniską jest dla artystów miejscem, gdzie korzystają z przypływu weny i czerpią swe inspiracje. Każdy ma tutaj wyzwoloną duszę i umysł pełen pozytywnych myśli. Serce krzyczy „nie chcę stąd wracać!”, ale rozsądek odzywa się i mówi „musisz…” Henno-idea…Myśl o tatuażu od dłuższego czasu chodziła mi po głowie i nie dawała spokoju. W Tunezji mogłam zrealizować moją dekoracyjno-artystyczną zachciankę! Nie rozdrabniałam się więc i zdecydowałam się na dwa tattoo…z henny ;D jeden umiejscowiłam na lewej łydce, duży, lecz delikatny i bardzo zmysłowy, a drugi – motyl, „wylądował” na prawej łopatce. Tak dla równowagi cielesnej! Na wtorkowym disco, zamykającym nasz pobyt, bardziej skupiałam się na mych nowych atrybutach niż na tańcu, toteż parkietowe bujanie zamieniłam na nocny spacer po plaży. Hulał silny i chłodny wiatr, ale hotelowe prześcieradło dawało świetną izolację. Prawei jak windstopper. Rano słońce grzało już bardzo mocno, więc szybciutko pobiegliśmy naszą gromadą na plażę, trzeba poleżakować! Jako że miałam zagwarantowany darmowy lot, skorzystałam ze sposobności i raz jeszcze pofrunęłam paralotnią ponad wodami Morza Śródziemnego, patrząc z góry na tunezyjskie plaże i Sousse. Następny podniebny rejs to już długodystansowy lot z Monastiru do Krakowa w morzu chmur. Niestety powroty są nieuniknione, dlatego też pożegnanie z Afryką musi nastąpić… Zobacz wspomnienia z tunezyjskiej przygody Copyright by Keenya
|
- Śląsk w wielu odsłon…
- Pasmo Baraniej Góry
- Skandynawski pociąg …
- W świecie cyrulicy, …
- Alpejsko-szwajcarski…
(0 głos)









