| T-podsumowania A.D. 2011 |
Kolejny kalendarz kończy się... Odkładany na półkę wspomnień ustępuje miejsca nowemu zeszytowi pełnemu białych pustych kartek. Data 31 grudnia zamyka pewien rozdział „corocznych dziejów”. Ale dzień 1 stycznia to inauguracja nowych inspiracji, planów i działań. Czas więc przyjrzeć się bliżej minionym dniom, tygodniom i miesiącom 2011 Testerskiego Roku i rzucić wyzwanie na kolejne 366 dni „przestępczego” 2012 T-roku ;) Styczniowe rozkręcanie sięWitanie 2011 roku i zarazem żegnanie 2010 roku odbywało się na gruncie lokalnym w składzie dobrze sprawdzonym i sprawdzającym się zawsze i wszędzie. Sylwestrowe szaleństwo nie mogło się więc nie udać ;) Salwy radości, fajerwerków i życzeń wystrzeliły w powietrze. Szampan prosto z Szampanii wypełniał kieliszKee w Sylwestra i noworoczny weekend. Fetowanie trwało w najlepsze dopóki nie przerwał go przymusowy powrót do obowiązkowej rzeczywistości. Srebrny Japończyk pomknął do Krakowa, gdzie wraz z nadejściem stycznia rozkręcały się towarzyskie przygody ogrzewane ciepłą atmosferą i gorącą hot czeko. Mroźna zima i biały puch utrzymywały się, gwarantując świetne warunKee na stoku, dlatego wraz z Trzema Królami ;) szusowaliśmy silną „ekipą pod wezwaniem” w Chrzanowie. Testowaliśmy nie-swoje wehikuły czterokołowe, ale niestety nie miały one napędu 4x4. Poznawaliśmy nowe lubelskie lokale na gastronomicznej mapie miasta i testowaliśmy ich menu w doborowym towarzystwie. Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy wspieraliśmy w Kielcach na Placu Artystów na „Sienkiewce”. Potem melodyjnym krokiem wyskoczyłam w Beskidy do Brennej, ale śnieg stopniał, więc pozostało mi błogie lenistwo w spa – masaże, algo-zabiegi, sauna, jacuzzi. Pełen relax & chillout. Progi krakowskie wypełniły się tłumem przyjaciół, a konsumpcyjno-dyskusyjne forum sobotnie zamieniło się w niedzielne kinomaniakowe multi-testy. Muzyczny Proces Myślenia grał mi w duszy, a spotkania rozmaite i zakupowe inspiracje przeplatały robocze dni. Finałem tygodnia okazał się sobotni wypad na niecodzienny browarny testing złotego nektaru rodem z Żywca. Otarta z białej pianKee i bez promili w wydychanym powietrzu pomknęłam z poniedziałku do Radia Kraków, by puścić w eter Testerskie Przygody Komunikacyjne. W ostatni weekend stycznia skierowałam swe kroKee w rodzinne strony – najpierw Nałęczów, było naprawdę wSPAniale oddać się beznamiętnemu relaxowi w strefie H2O! Potem wypoczęte mięśnie zaktywizowałam na stoku w Batorzu. Aktywność przede wszystkim! NarciarsKee szusssSłoneczna szadź była zwiastunem lutego i gwarantem wymarzonych warunków na szusowanie. Dlatego bez zbędnych dywagacji i analiz zdecydowałam się na zakup nowego sprzętu narciarskiego, a co za tym idzie? Zaraz nastąpią długie testy na stoku ;) Ale wcześniej poddałam testom rozmaite krakowskie lokale i ich specjały. Zniewolona fantastycznymi włoskimi pastami czułam się, jakbym była w Italii. Ale Testerskie Myśli i Słowa skonstruowały apetyczny artykuł o… Trójstyku, czyli trójskładnikowej potrawie multinarodowej ;) Talerze makaronu szybko jednak zamieniłam na góralską strawę polsko-słowacką, bo wyruszyliśmy w góry – Beskidy i Pieniny. Nasze Testerskie Triduum Narciarskie, czyli atak na 7 stoków w 3 dni nie pozostawiało złudzeń co daje największą frajdę zimą. Szusowanie na nartach z gigantycznym uśmiechem na twarzy i wolnością w duszy to jest to, co TygrysKee lubią najbardziej. Szybsze bicie serca wyzwoliło też jeszcze coś inszego ;) Nie tylko w Koninkach, Lubomierzu, na Palenicy w Szczawnicy czy na Słowacji, ale też na Lubelszczyźnie przemierzałam rodzime stoKee, testując nowy „zakup boazeriowy”. Śniegowy drift uskutecznialiśmy też czterokołowcem pewnej niemieckiej marKee. Spisał się! Śladami Magdy Gessler pospacerowałam po lubelskich „diabelskich” lokalach, ale więcej ciekawych smaków znalazłam w chińskiej kuchni. A najwięcej atrakcji kryła dla mnie audycja w radiu EloRMF. Pływałam w euforycznym Testerskim Nastroju opowiadając o podróżach małych i dużych, T-przygodach wszelakich, grze w piłkę z orzełkiem na piersi w polonijnym klubie w Kanadzie i I lidze kobiet w Podgórzu Kraków, o dzikich wyzwaniach i szalonych planach. Bo jedna pasja to przecież za mało! A kluczem do zrozumienia mej zakręconej skorpiońskiej duszy jest właśnie intensywność... Po sobotniej wizycie na Kopcu Kościuszki w Krakowie (siedziba radia RMF) udałyśmy się już we dwie z Betinką do Lasku Wolskiego, bo zachciało nam się zoo-logicznej przygody. Obowiązkowo chciałyśmy też przetestować niecodzienne smakołyKee krakowskich kuchni. I było ciekawie. MarcowanieMarzec też rozpoczęłam od narciarskiego szusowania – białe szaleństwo nieopodal Słomnik, stok SławickiRaj, a głodna pomknęłam spontanicznie na obiad do… Kielc. Ciemna noc przygnała mnie z powrotem do Krakowa na pączko-testy, bo już nastał nowy dzień - Tłusty Czwartek. Weekendowe ostatKee spłynęły pod znakiem towarzyskich spotkań, a wolne chwile wykorzystywałam na przygotowanie prezentacji z racji Drugich Urodzin Testersów, które przypadały na 8 marca 2011 roku. Foto-relacje i słowne-inspiracje przenosiły nas w krainę niekończących się podróży… Ciężko było opuszczać krakowskie podziemia skoro atmosfera wojaży roztaczała się nad naszymi licznymi głowami. Pomysły na tripy zdominowały neurony. Zawodowe kilometry przybywały na licznik, ale pociąg do „prywatnego” podróżowania nie słabł i na łamach portalu Qype kolejne T-artykuły miały swe publikacje. Ochota na narty nas nie opuszczała, dlatego wybraliśmy się w Tatry. Przetestowaliśmy stok w Witowie i RusinSKI, a potem pląsaliśmy… na dancingu do utworów rewelacyjnie serwowanych i wykonywanych przez pana Rysia w lokalu „Europejska” w samym sercu zakopiańskich Krupówek. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba przeżyć ;) Duch dawnej epoki wypełnia ten lokal. Wszystko zatrzymane w czasie. Zdecydowanie inny klimat prezentują lokale na krakowskim Kazimierzu, które bywały moją wieczorną oazą i miejscem tworzenia nowych materiałów nie tylko na Testersów. Włoskie makarony zaintrygowały mnie do napisania artykułu o smakach Italii. Kolejne teksty dla brytyjskiego Qype’a też „popełniłam” i nieważne, że nie ma pogody na skutery wodne – liczy się przecież zajaffka! Mnogo-liczbowe spotkania weekendowe na lubelskim gruncie zamknęły kolejny weekend i przeprowadziły w krakowsKee świat szkoleń i spotkań. Q zmianomI to nie Prima Aprilis, że już jest 1 kwietnia. To fakt. Pierwszy kwartał roku za nami. Przemknął jak Diabeł Tasmański – błyskawicznie. Tak szybko jak Amerykanie zajadają tony frytek. Fast-foodowy artykuł na Qypie obnaża ludzką słabość do pustych kalorii. Krakowskie plądrowanie rzeczywistości w spacerowo-lokalowym-testowym tonie trwa na dobre, ale w duszy chęć podróży gra, więc wyruszamy na hiking i w topniejącym śniegu, wszechogarniającym błocie i ciepłym słońcu zdobywamy wyczekiwany Turbacz. Opuszczam gród Kraka na rzecz stolicy, ale tylko na chwilę, bo mam spotkanie w redakcji magazynu „Polska Wita”, z którym będę współpracować. W Kielcach robię sobie proirlandzKee nocny przystanek, zbieram myśli i materiały, a w drodze powrotnej z Warszawy kieruję się q Lubelszczyźnie. Wojażuję i wymyślam. Połykam kilometry i odkrywam inspiracje. Wracam do Krakowa na babskie kolacje. Porządkuję redaktorskie biurko me i nagle wspomnienia i pragnienia zabierają me Testerskie Myśli do Szwajcarii i owocują artykułem o tym skądinąd oryginalnym kraju. Tworzę kolejne teksty zasłuchana w chilloutowe dźwięKee i aktywizuję mięśnie podczas terenowego spaceru z Betinką po Nowym Wiśniczu. Poweekendowo znów ruszam do stolicy i wracam w innych barwach. Time 4changes zaczął się na dobre... Krakowskie klimaty grają mi w duszy i ganiam endorficznie z miejsca w miejsce, chłonąc nowe idee, rzucając swój cień w różne miejsca. Wybywam na Mazury do Mrągowa, gdzie „mówili na nią słońce” ;) i delektuję się promieniami ognistej kuli odbijającymi się w tafli jeziora. Świąteczny czas dzielę między Podlasiem a Lubelszczyzną, testując tradycje i zwyczaje tych dwóch regionów. Powrót do Krakowa oznacza pakowanie swego dotychczasowego świata w pudła wspomnień i planów. Żegnam się, chłonę, emanuję. Zarzucam walizkami, pudłami i niebieskimi workami przestrzeń wielkiego busa i jestem gotowa do drogi, nowej drogi. Z ostatnim dzionkiem kwietnia, spoglądając z wieży Kościoła Mariackiego na tętniące turystycznym życiem miasto i wsłuchując się w hejnał grany na żywo na wszystkie cztery strony świata, żegnam się z Krakowem. I zaczynam nowy etap w nowym miejscu. Bye KR! Hello LKR! ;) Majowy zawrót głowyBudzę się w nowych kątach. Pora na bardzo ważny test. Test pełen zmian i wyzwań. Zaczynam po włosku od pysznej bruschetty, a kończę na rozpakowywaniu swego świata w nowych ścianach. Idzie mi całkiem sprawnie, patrząc, że mam przed sobą skarby z ostatnich ośmiu lat bytności w Krakowie ;) Szmat życia! Long weekend majowy wyjątkowy nie jest spięty klamrą dalekobieżnego tripowania. Aż dziwne! Witam się z nowym miejscem i starymi przyjaciółmi. Krążę to tu, to tam. Organizuję rzeczywistość na każdym jej stopniu wtajemniczenia – zawodowego, prywatnego, podróżniczego, dziennikarskiego, towarzyskiego, kulturalnego. Przeprogramowywuję się ;) Ciepłe dzionKee pozwalają na delektowanie się świeżym powietrzem i zapachami grilla. Wypoczywam beztrosko na łonie natury, delektując się ciszą i pięknem rodzinnych stron. Hamak i turystyczne litery umilają mi czas. Rowerowe eskapady wyzwalają dziecięcą radość. Przypływ endorfin zapewnia hikingowy wypad w Bieszczady. Oczywiście magia krajobrazu i atmosfery oplata nasze dusze, resetuje umysły, regeneruje organizm. Zdobywamy Połoninę Wetlińską mimo „pogodowej niepewności” i tradycyjnie w Wilczej Jamie urządzamy sobie ucztę dla żołądków, zajadając gulasz z sarny i pieczeń z dzika. Plądrujemy bieszczadzkie zakamarKee i podkarpackie miasta i miasteczka. Ale sielskość przeplatać muszę globalizacyjnym pędem - tłoczne życie stolicy odczuwam coraz mocniej, bo coraz częściej tam bywam. Liczne szkolenia przeplatam spotkaniami „po latach”. Pozytywnie. „Z niedawnych zdarzeń ścieram kurz” jak to jest w pewnej piosence. Tu i tamW Dzień Dziecka zostaję zasypana przewodnikami turystycznymi – świetna lektura na najbliższe dni, a zwłaszcza na głęboką zimę. Dalej i wciąż testuję stolicę i okolicę. Plądruję Lublin na różne sposoby. Relaksuję się nad Jeziorem Białym na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim. Szukam w Spale sportowców i negocjacyjnych „haczyków”. Wygrywam w ping-ponga pod osłoną gwieździstego nieba. Weselę się. Nie czuję nóg po zdeptaniu parkietu aż po świt i znów rzucam kotwicę w Warszawie. Edukuję się. A potem wspomnieniowo i sentymentalnie ruszam do Krakowa. Przemierzam miasto po staremu i nowemu, zajadam ulubione pasty w ulubionych miejscach, popijam je winem, biesiaduję z przyjaciółmi, koncertuję. Tworzę. Tętnię energią. W czerwcowy long weekend wyruszam na Podkarpacie. Odpoczywam w najlepsze w myśliwskiej kryjówce - leśniczówka „Darz Bór” to nasz azyl, gdzie zabiegana codzienność nas nie dopadnie. Chłonę wolność. Wracam i przestaję mówić… Zapalenie gardła pozbawia mnie głosu. Zaczytuję się namiętnie w zaległych lekturach, piszę, co neuron na język przyniesie, walczę z infekcją. Wizjonersko szukam inspiracji i je znajduję i realizuję. SzwajcarsKee przerywnikMelodyjnie wkraczam w lipiec. Pół roku za nami. Następne „pół” przed nami. Nowy miesiąc inauguruję nowymi wyjazdami. Muskam delikatnie obrzeża Warszawy i kieruję się na Podlasie. Podśpiewuję sobie radośnie, plądrując odwiedzane tereny. Testuję „policyjny” wehikuł. Biesiaduję podwójnie, wkręcając szpilKee w parkiet. Wykręcam się z objęć rzeczywistości i wybywam do Szwajcarii. Rzucam T-kotwicę tuż nieopodal Francji. Jezioro Lemańskie (Genewskie), ośnieżone Alpy, klimatyczne miasteczka. Urlopuję się i niech tak zostanie. Kursuję pieszolotem między Vevey a Montreux. Wsłuchuję w dźwięKee płynące z Jazz Festiwalu. Zwiedzam wszystko, co mogę i chcę. Zgłębiam każdą tajemnicę. Przemierzam szwajcarską stolicę - Berno i z każdym krokiem przybywają myśli do nowego artykułu. Chłonę magiczne widoKee. Odpoczywam na całego. Testuję kilkudziesięciogodzinny powrót autokarem i wcale nie czuję trudów podróży. Wypełniam aktywnością każdą sekundę. Tworzę na kolanie to, co później Wasze oko na sieci zastanie. Wracam i znów wybywam... Tym razem ruszam z Betinką do Warszawy, bo zaproszono nas do Dwójki, gdzie w „Pytaniu na śniadanie” mamy opowiadać o Trójstykowej Turystyce. Nie umiem usiedzieć na miejscu, mam turystyczne ADHD. I to już kiedyś stwierdzono na antenie – szczera prawda. Śladami turystycznych chęci przemierzamy Starą Warszawę. W weekend atakujemy Trójkąt Bermudzki – kursujemy między palmowym Kraśnikiem, bulwarowymi Puławami a klimatycznym Kazimierzem Dolnym nad Wisłą. Babskie klimaty ich trzech rozkręcamy w najlepsze. A w następny weekend lipca porządko-manię rzeczywistości uskuteczniam. DynamizmLato w pełni – okazje do spotkań, zapach grilli, gwieździste niebo, ciepłe noce, delikatne eskapady, relax w spa, roweromania, dobra kuchnia ogródkowa, nowe tematy piśmiennicze. Wakacyjny czas przylotów i odlotów. Wyczekiwane odwiedziny. Maraton weselny potrójno-weekendowy. Nadwyrężanie łydek w wirującym tempie. Teleportacja z miejsca na miejsce. Mnogość spraw i załatwień. Inspiracje, dekoracje, aranżacje. Zabieganie i działanie. I wreszcie chwila potrzebnego oddechu. Zanurzenie myśli ponad taflą wody, beztroskie pedałowanie q słońcu, grillowanie i koncertowa noc przebojów w kraśnickim amfiteatrze. I znów dynamika. I ostatni weekend sierpnia nastał. Wybieramy się na daleką północ, by posłuchać szumu bałtyckich fal. Spacerujemy po gdańskiej Starówce. Ale bardziej niż miasta potrzebujemy przestrzeni. Testujemy każdą z plaż nad polskim Bałtykiem. I postanawiamy udać się na koniec Polski i to rowerem. Bo przecież w wyzwaniu leży frajda. Przemierzamy całą Mierzeję Helską od Władysławowa aż po Hel. Słoneczne kilometry połykamy wraz z każdym obrotem koła. Wymuskani słonecznymi promieniami musimy łagodzić skórę balsamami nawilżającymi. Zbulimizowany weekend ma swój kres, a ja zakotwiczam w Ossie w celach edukacyjnych. Niezliczona ilość niespodzianek wpisana jest w ten kilkudniowy czas. Wrześniowa zmiana miejscDzieciaKee maszerują (mniej lub bardziej ochoczo) do szkoły, dorośli po-wakacyjnie zagłębiają się w zawodową rzeczywistość, a my licznym babskim składem wyskakujemy do Zakopanego. Przygody u stóp samiuśkich Tatr zainaugurowane wjazdem kolejką na Gubałówkę – jak za starych dobrych podstawówkowych czasów ;) Potem to już scenariusz dojrzalszy i słodką tajemnicą spowity. Na powrocie uskuteczniam krakowskie wspomnieniowe konotacje i rozkręcam całotygodniowe zawodowe lubelskie „akcje”. A także inne szczególne „atrakcje” poprzedzające miodowe wakacje. Zmiana stanu skupienia to sprawa nie do przecenienia. Uzbrojeni w GPSy uciekamy na Kanary. Kąpiele w Atlantyku, piaszczyste plaże Fuerteventury, beztrosKee chillout. DźwięKee wolności grające w scalonych duszach przeplatane okrzykami szaleńczej jazdy jeepem po całej wyspie. Czerwony Wranglem dociera w każde miejsce. Full testing bez „niemożliwego”. Południe-północ, zachód-wschód. Melodyjnym krokiem dobijam do stolicy, a chwilę później wybywam do grodu Kraka na damskie fetowanie pod Wawelem. Spontanicznie, energicznieSentymentalne wędrówKee i niezapomniane spotkania w gronie wspaniałych osób i najpyszniejsze smaKee wyjątkowych miejsc okraszają mój weekendowy pobyt w Krakowie. Normalnie w październiku zwykłam zaczynać studia na obu kierunkach, ale teraz człowiekowi lat przybyło i edukację zastąpiły inne zajęcia - pisanie, pracowanie, pełne zaktywizowanie i odpoczywanie. Kolejne dni tygodnia lecą pozytywnie i znów weselimy się potrójne i to w dwa weekendy. Zintensyfikowane kursowanie między Małopolską, Lubelszczyzną a Dolnym Śląskiem. Liczne spotkania uskuteczniamy. A finał następuje w Sudetach w pro-góralskim wydaniu. Nowe miejsca kulinarne testujemy i towarzyskie klimaty mocno akcentujemy. O Kazimierz nad Wisłą zahaczmy. A słoneczne październikowe spacery nad zalewami w Kraśniku i Lublinie poprzedzają długodystansowe dreptanie po Białymstoku i to z bardzo niezwykłymi istotami. Podlasie odkrywa przed nami swe piękno i różnorodność. Intryguje tak jak inne wyznania. Grabarka jest tego dowodem. Liści szczęścia padKolorowe liście opadają z drzew, tworząc różnobarwny jesienny dywan. Kuchenne rewolucje sama uskuteczniam. Towarzyskie kręgi zataczają większe kręgi. Dni mijają energicznie i nawet turystycznie, bo w środku tygodnia pokusiliśmy się o spontaniczny wypad do stolicy. Bo zachciało nam się pospacerować po Warszawie ciemną nocą. A w przeddzień long weekendu wyskoczyliśmy w Bieszczady. Zaszyliśmy się w ciszy i pięknie. W geście niepodległościowego patriotyzmu i kolejnej Testerskiej Wiosny przybywającej na T-karku zdobyliśmy Połoninę Caryńską oraz Tarnicę. Oszronione szlaKee prezentowały się cudownie i udowadniały, że tu w Bieszczadach jest duch wyjątkowości. A co powiecie na ognisko w listopadową noc? Przecież nie ma rzeczy niemożliwych! A taka kiełbaska i pieczony chleb smakują wyśmienicie. Oczywiście na degustacyjnym T-stole nie mogło zabraknąć dziczyzny. Pyszota! Smakowite całotygodniowe menu postanowiłam zastąpić w weekend góralską strawą. Wyskoczyłyśmy z Betinką do Zakopanego, by uskuteczniać nową formę aktywności – fotojogging. To nic innego jak połączenie fotografii i joggingu. Dotleniający hiking po tatrzańskich nieośnieżonych szlakach, meandry fotografii, paintballowe szaleństwo, zwariowani pozytywnie górale – to synonimy syjamskiego weekendu pod Tatrami. Wróciłam ciemną nocą i wraz z nadejściem nowych dni znów się aktywizowałam, bo taki ze mnie niespokojny duch. Różne miasta, różne spotkania, różni ludzie, różne pomysły. Moderyzacyjnie i multi wrażeniowo-spotkaniowo mijały kolejne dni i weekendy. Wyżywałam się redaktorsko, a jednym z owoców mych działań był artykuł o najciekawszych trasach świata. Mikołaj, Gwiazdor i SylwesterZ nadejściem grudnia naszło mnie na dalekie wyprawy, dlatego wyruszyliśmy do Niemiec. Przeszło 1 200 km w jedną stronę wypełnionych mnóstwem kreatywnych zajęć w podróży i bajkowe wspomnienia z czasów dzieciństwa podczas spacero-turystycznego poznawania Bremy. Bożonarodzeniowy jarmark - kolorowo, zapachowo, pomysłowo. Wymienialiśmy poglądy dwujęzycznie i szukaliśmy prezento-dawców. Poszukiwanie Mikołaja wcale nie było trudne. Brodaty jegomość przecisnął się przez hotelowy komin i podrzucił nam prezenty pod poduszkę. Bycie grzecznym popłaca. Następny weekend spędziliśmy mnogoliczbowo w Krakowie – era wspomnień i czar spotkań. Kurs turystyczno-testersKee obraliśmy też na Kielce, Lublin i Nałęczów. A w pałacu w Kurozwękach testowałam przedwigilijne smaKee w doborowym towarzystwie. Kinematograficzne ciągoty miały coraz większe pole do popisu. Wyczekiwana zima nastała, ale tylko na dwa dni obłaskawiła nas białym puchem i magicznymi mgłami przy zachodzie słońca. Przedświątecznych działań i spotkań czas doprowadził do wigilijnego stołu. Magia świąt trwa jednak zbyt krótko i szybko nastaje rzeczywistość. Ale zawsze można ją na swój sposób ubarwiać, bo przecież o to chodzi, by było kolorowo i dynamicznie. Sandomierskie poszukiwania serialowego ojca Mateusza zamieniłam na relaksującą przyjemność w spa i czas przyjemnych spotkań. Zaraz trzeba podmalować oko, bo Pan Sylwester wzywa i ruszyć w dziękczynny tan ;) I tak oto Testerskie Tournee po Kalendarzu doprowadza nas do kresu 2011 roku. Czas mknie szybko i nie pyta, czy może. Ale to od nas zależy, jaki ten czas będzie. Mamy pełną dowolność w kreowaniu naszych rzeczywistości. Dlatego „róbcie swoje” i delektujcie się tym wszystkim! ;) Szampańskiej zabawy aż po świt, połamania obcasów i zaplątania stóp w krawat… I jeszcze lepsiejszego 2012 roku! Copyright by Keenya
|
(0 głos)












