| Niekonwencjonalny hiking bez tłumów |
Nie zawsze warto szczytować w wysokich górach… Nie zawsze jest sens wyruszać w takie góry w długi weekend, bo jaka to przyjemność być w towarzystwie rozwrzeszczanych pseudo-turystów, którzy koniecznie muszą wejść na Giewont i zdobyć go w klapkach, szpilkach bądź sandałach, bo tak jest „bohatersko”... którzy koniecznie muszą przejść się, bo Krupówkach, bo tak jest „lansiarsko”… którzy koniecznie muszą wjechać kolejką na Gubałówkę i wypić tam piwo, bo tak jest „cool”… Może i jestem dziwna, że nie hołduje takim zasadom, ale ja szukam w górach czegoś zupełnie innego! Potrzebuję natury, wolności, beztrosKee i spokoju… Dlatego w majowy long weekend postawiłam na „nisko-beskidzkie” szlaKee, a miejscem startu tego „sielskiego hikingu” była Wysowa. Uzdrowisko skryte wśród zielonych pagórków, ozdobione drewnianymi cerkwiami, kościołami, zborami Być pierwszymi ;)Piątek w kalendarzu. Ostatni dzień kwietnia. „Normalni” ludzie pracują, a my… zmierzamy na kolejną Testerską Wyprawę. Wzięliśmy sobie urlop i tym samym powiększyliśmy long weekend o jeszcze jeden dzień – z rozmiarów XL „wolne” urosło do rozmiarów XXL. Stacjonujemy w Wysowej-Zdrój, „spokojnej krainie wyciszenia” ;) Pierwszomajową sobotnią wędrówkę rozpoczynamy od naszego lokum i kierujemy się ku wiosce Blechnarka, mijając kolejną cerkiewkę.
Ostro pod górę…Pomysłów na dzisiejszą piątkową inauguracyjną eskapadę było wiele, ale ostatecznie postanowiliśmy przejść trasę Wysowa – Blechnarka – Przełęcz Wysowska – Staviska – Hrb – Jawor – Wysowa. Taka piesza wycieczka celem ogólnego rozruszania organizmu i przyzwyczajenia go do dalszych przygód n.p.m. ;) Wprawdzie ów T-plan narodził się już wcześniej w naszych głowach, ale wykrystalizował się podczas daleko idących mapo-analiz w łemkowskiej karczmie „Gościnna Chata” w Wysowej. Początek trasy bardzo prosty, znaczy się „równy”, ale też dość monotonny. Dopiero w okolicach znaku zakazu wjazdu i parkingu (który siłą rzeczy musiał tutaj powstać, bo ludzie to istoty leniwe z natury), robi się ciekawiej. Droga staje się coraz bardziej wyboista i nachylona, jest więc sens używać kijków. Dobijamy do Przełęczy (Sedlo) Blechnarka na wysokość 610 m n.p.m. Pojawiają się tabliczKee dwujęzyczne, polsko-słowackie, które wskazują nam właściwy kierunek spaceru q Przełęczy Wysowskiej. Stopień „zdeptania” szlaku i jego „zachaszczenie” udowadnia, że chyba bardzo rzadko ktoś tędy chodzi… Czyżby był to nasz kolejny prekursorsKee test? Slalomem między drzewami, krzewami i wysoką trawą docieramy do miejsca, z którego rozpoczynamy wspinaczkę „ostro pod górę”. Nachylenie stoku każe iść w pozycji niemalże „na czworaka”, bo w przeciwnym razie łatwo stracić równowagę i można spaść z lawiną liści i kamieni, które i tak złośliwie usuwają się spod nóg… Grawitacja działa, ale nie zawsze na naszą korzyść! KijKee okazują się bardzo pomocne i kolejny raz dowodzą swojej „mocy”!
Wędrówkowo… na JaworCo dalej? Ano zostaje nam już teraz „czysto relaxacyjny” spacerek grzbietem góry, żeby nie powiedzieć „garbem” i łagodne zejście w dół. Taki swego rodzaju spacerek po lesie uskuteczniany z lubością przez wiele polskich rodzin w niedzielne popołudnie. Niewiele czasu zajmuje nam dotarcie na polankę (647 m n.p.m.), z której roztacza się sielsKee widok na słowacką wioskę. Idealne miejsce do kontemplacji i uzupełnienia elektrolitów, no i uwertura do de-lokalizacji ;D bo jak się okazało, słupKee graniczne poustawiane są dowolnie i czerwony szlak narysowany jest tutaj na wiele różnych sposobów. Rezultat? Żadna droga nie prowadzi do celu… Wycinka drzew, niewidoczna czerwona farba na drzewach, przemalowywanie polskich i słowackich słupków granicznych, zła numeracja – oto lista winowajców naszej chwilowej „zguby”… Ale nie będziemy musieli zostawać w tym miejscu na długo i radzić sobie jak bohaterowie serialu „Lost”. DzięKee posiadanej mapie i umiejętności jej analizowania szybko odnajdujemy się w tej poplątanie słupków i szlaków, i czerwonym szlakiem mkniemy dalej. Droga lesista, pełna niewyschniętych kałuż, na których jak żaglówKee po tafli jeziora, pływają zielonkawo-szare liści… A my dzielnie pedałujemy q celowi dzisiejszej wyprawy, górze Jawor. Mijamy pierwszych ludzi! Niewyobrażalne! Niesamowite! A byłam „święcie przekonana”, że nie spotkamy tu żywego ducha. Krótka pogawędka ze starszym małżeństwem napotkanym na szczycie góry Jawor na wysokości 723 m n.p.m. wyjaśnia nam, że zaraz zetkniemy się z antropopresją! „Ci państwo” spacerują od Wysowej przez Świętą Górę Jawor uprzedzili nas, że „tam” na Jaworze przy kościele aż roi się od turystów. Przekonanie się o tym na własne oczy i na własnej skórze było bolesne. Widok „nadciągających tłumnie człowieków” rozwiewa wszelkie wątpliwości... Ludzie są zawsze tam, gdzie jest „tłum”! Ale dlaczego wszyscy chodzą tam, gdzie wszyscy, a nie tam, gdzie rzadko stąpa ludzka noga… Dlaczego wszyscy muszą być tacy tendencyjni? I powtarzalni? Mało oryginalni… Dlaczego? …po raz kolejny przekonujemy się, że w naszych duszach płynie Czysta Testerska Krew i że zawsze musimy wyłamać się od tłumu, by odkrywać dotąd nieznane! I Wam też polecamy „testować siebie” i „własne ścieżKee”. Usatysfakcjonowani naszą pozytywną odmiennością i niezależnością podążamy do „Gościnnej Chaty” na prawdziwą łemkowską strawę, bo przecież należy nam się „odzyskanie” utraconych kalorii. Oczywiście niekończące się „testowanie” wciąż trwa i trwać będzie w najlepsze ;) Copyright by Keenya
|
(0 głos)












