| Jaskiniowcy w podziemnym żywiole |
Jaskinie - stalaktyty, stalagmity, stalagnaty… Te trzy słówka kojarzy chyba każdy z zajęć geografii tudzież przyrody. A ja się o krasie nasłuchałam jeszcze więcej na studiach (kierunek Geologia i Turystyka na AGHu rozbudował moją wiedzę z tego zakresu). Zresztą jak tylko nadarzała się okazja, to wiedzę teoretyczną weryfikowałam w praktyce, takie zboczenie zawodowe ;D Speleologia zawsze mnie interesowała, toteż chętnie przemierzałam wszelkie udostępnione do zwiedzania jaskinie. Jednak zawsze była to czysto amatorska i turystyczna forma, a ma niespokojna dusza chciała więcej i bardziej niekonwencjonalnie… Na szczęście wszystko się zmieniło jednego pięknego dnia ! Ale po kolei ;) Nowa zajaffkaPrzyznaję uczciwie, że lodowe jaskinie Słowacji (Demanovska) robiły na mnie wrażenie – to królestwo wiecznego lodu, który zastygł w bajkowe kształty wodospadów, lodowych stalagmitów i słupów... Wielkością i wnętrzem zaskakiwały też olbrzymie korytarze w Czechach. Wyobraźnię budziła bogata szata naciekowa naszych polskich jaskiń - patriotyzm czuwa! Szczególnie ciekawa wydawała się Jaskinia Niedźwiedzia w Kletnie utworzona w marmurach, ale jaskinie w Dolinkach Podkrakowskich (Wierzchowska Górna czy Nietoperzowa) czy te tatrzańskie też nie odstawały od reszty. „Wszystko ładnie, pięknie”, jednak cały czas czułam jakiś niedosyt… Miałam dziwne wrażenie, że takie „zwiedzanie” jest tendencyjne i nie podnosi adrenalinKee. Nie rajcowało mnie, że podążam za turystyczną masą i słucham wyrecytowanych tekstów znużonego przewodnika. Chciałam czegoś więcej! Czegoś niebanalnego, ponadprzeciętnego! I wtedy pojawił się Jarek taternik, a wraz z nim moja nowa zajaffka – grotołazem się stałam ;D Przyszedł więc czas na inny, wyższy stopień wtajemniczenia! Mogłam poczuć smak profesjonalizmu w byciu jaskiniowcem! Sprawdzić własne możliwości w czeluściach podziemi, przekroczyć niemożliwe, zasmakować nieznanego... Świetna sprawa ;P Niepowtarzalna okazja na odcięcie się od spendującej pozytywnie rzeczywistości i odizolowanie od chmary „człowieków”. Jaskiniowiec uzbrojony w sprzętW środowe pojobowe popołudnie testowaliśmy sprzęt i ćwiczyliśmy technikę na Zaklętym Bastionie w Dolince Będkowskiej za Krakowem. Było wchodzenie i schodzenie na wolnym zjeździe, podchodzenie na przewieszcze, zjazdy bez i z asekuracją plus wspinaczka na tzw. wędkę (asekuracja górna) na drodze o stopniu trudności 3+, 4 poprowadzonej w szczelinie. Wypas na maxa!! Oprócz wspinu po drodze Indyferentna Rasistka zaliczyliśmy trawers na łańcuchach na najwyższej w całej Jurze skałce - Sokolicy o wys. 70 m. Testy przedjaskiniowe wypadły rewelacyjnie. Zdaniem mojego guru zdałam exam celująco, wow! ;) Dzięki! Więc śmiało mogliśmy ruszać w sobotę na Jurę Krakowsko- Częstochowską w Sokole Góry i tam plądrować jaskinie. Plan gry był chytry i arcy ambitny. Chcieliśmy zaatakować Jaskinię Wszystkich Świętych, w której w zeszły weekend zaklinował się 26-letni jegomość oraz najgłębszą na całej Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, Jaskinię Studnisko. „Jak na pierwszy raz dla dziewczyn to grubo i wielki szacun, że im się udało” – tak nas podsumował jeden z grotołazów z Klubu Taternictwa Jaskiniowego. Miło, dziękujemy ;D Wydawało mi się, że największą trudność sprawi mi pobudka o 4.35, bo ustawka była 5.15, ale czego nie robi się dla przygody i przyjemności? Bez problemów, a wręcz z powerem zebrałam się z łóżka, zgarnęłam naszykowany sprzęt i chciałam być już pod ziemią ;) Jarek przybył punktualnie i pomknęliśmy jego beemką po pozostałą dwójkę ekipy – Kasię i Michała, no i wystartowaliśmy w drogę do Olsztyna, ale tego koło Częstochowy. Na Mazury i jachty, miejmy nadzieję, że znajdę czas w sierpniu! Szybko byliśmy na miejscu, bo co turbo diesel to turbo diesel ;D Zostawiliśmy autko i niepotrzebne rzeczy na parkingu w lasq. Okazało się, że byliśmy pierwsi! Cały niezbędny ekwipunek (dwa saki, po polskiemu plecory wypełniony szpejem, czyli sprzętem wspinaczkowym, dwie liny dynamiczne i energetyczną szamę) zatargaliśmy do stóp góry o samotnej nazwie, Pustelnica. Przed wejściem do Jaskini Wszystkich Świętych mieliśmy trochę obowiązków. Trzeba przypiąć linę do ringów, porobić na niej ósemki (zabezpieczenia), wdziać na siebie wszystkie zabawKee (uprząż, karabińczyk, ósemkę, kask, czołówkę, rękawiczKee, najlepiej rowerowe, bo są niepełne, a wolne palce bardzo przydają się przy wspinie). Jako uzbrojeni po zęby jaskiniowcy możemy ruszać w czeluści ziemi ;P Michał prowadzi, za nim ja, potem, Kasia plus nasz „pierwszy jaskiniowy raz”, a stawkę zamyka doświadczony jaskiniowo-wspinaczkowy guru, Jarq. 8 metrów w dół na wolnym zjeździe na ósemce bądź rolce, jak kto woli i jesteśmy przed pierwszym korytarzem. Zaczynamy się czołgać, przeciskać między górnojurajskimi wapieniami ku Mostowi Herberta i tu nagle, niemiła niespodzianka! GOPRowcy zatarasowali dalszą część drogi! Zablokowali skałami korytarz jaskini. Jak mogli? Dlaczego akurat tu i teraz?! Nawet jeszcze nie doszliśmy do części zwanej BAKK, w której to zaklinował się ów pechowy 26-latek. Czyżby byłaby to swego rodzaju tymczasowa blokada po tym ostatnim wypadku w Jaskini Wszystkich Świętych?? Niewykluczone, że tak! Lekko zawiedzeni wycofujemy się i ponownie pokonujemy 8m, tym razem w górę i przy użyciu innego sprzętu. Uprząż, kask z czołówką i rękawiczKee oczywiście zostają, ale dochodzi znacznie więcej nowych, dotąd nieużywanych gadżetów – przybywa karabińczyków, pojawiają się szelki, croll, połanieta. Już tłumaczę o co kaman ;) Wychodzenie po linie polega na tym, że unoszę się, stając nogą w strzemieniu (sznurek, pętla, w którym umieszczam stopę). Sznurek ten przymocowany jest do trzymanej ręką płanietki. W tym samym czasie Croll, przymocowany przy uprzęży, przesuwa się w górę po linie. Czas dźwięk obijających się o siebie metalowych elementów przypomina odgłos wypinającego się sprzętu. Ale bez obaw! To tylko omamy słuchowe – nic przecież nie może się stać. Gdy odciążam płanietę, Croll zaciska się automatycznie na linie w najwyższej pozycji. Dzięki temu możliwe jest przesunięcie ręką płaniety wyżej. Ruch ten powtarzam cyklicznie, wymaga naprawdę silnych rąk (zwłaszcza ramion) i niezłej mocy w nogach. Współpraca górnej i dolnej części mego ciała owocuje przemieszczaniem się do góry. Jeśli czujesz się zmęczony/a, zawsze możesz się bezwiednie puścić i nic złego się nie stanie. Sprzęt nas trzyma i ani myśli puścić. Tak sobie teraz dumam, że w skrócie można powiedzieć, że wychodzenie z jaskini, czy to na wolnym zjeździe czy w kontakcie ze ścianą, jest swego rodzaju robieniem przysiadów ;P Taka lekcja w-fu w terenie. Najlepiej jednak sprawdzić to wszystko w praktyce, bo sucha teoria nie daje pełnego wyobrażenia, jak to wygląda. A jak smakuje? Pychota! Musisz to poczuć na własnej skórze i przekonać się, że raz urzeczony/a jaskiniomanią, oddasz się jej bez reszty! Copyright by Keenya
|
(0 głos)









