| Napisany przez Piotr Dziepak, z 16-11-2009 13:41 |
| Średnia ocena użytkownika |
(0 głos) |
|
| Opinie |
1167  |
|
|
|
Tapeta na Moim Ekranie – czyli zwyczajna niezwyczajność lub niezwyczajna zwyczajność i domki z neuronów Trochę o tym, dlaczego napisałem Pisanie jest jak dzwon czy struna w gitarze, którą właśnie mojej córce podarowałem, w celu gry na niej nauki.[ Daj Boże żeby się dziecku - o ile o dziecku jeszcze można mówić w wieku lat 13 - spodobało i żeby przynajmniej Ona nieporadne dźwięki wydobywając dała zasłużoną emeryturę mojej „żonie” marki Yamaha.] Milczy posłusznie, aż przypadkiem lub z rozmysłem, ktoś lub coś waży się trącić. Dobrze, jeśli dzwon cały a struna odpowiednio zestrojona, wtedy tylko poza właścicielem wymienionych przedmiotów ktoś jeszcze pożytek z takiego grania mieć może. Tak i tym razem przypadkiem się wydarzyło. Kiedyś częściej pisywałem w czasach szkolnych, zamierzchłych kiedy to z braćmi i siostrami w roczniku różne rzeczy się popełniało, mądre i głupie warte czytania i zupełnie nie. Są wszak rzeczy i chwile które opowiedzieć trudno, a które drążą mózg obrazami i twarzami ludzi spotkanych, gdzieś w gąszczu neuronów mieszkającymi. Ustawiczna rozmyślna ich degeneracja znaną z nazwy i składu chemicznego substancją jeszcze mi domków maleńkich neuronowych nie rozmyła falującą powodziom. A skoro tak to może warto czasem jakieś słowo jako tablicę ku pamięci im z literek postawić. O zachodach i wschodach słońca oraz kolorze flagi greckiej
Opowieść to krótka - o wyspie pewnej na morzu antycznym Egejskim zwanym. Cztery raptem godziny z życia wyjęte a na resztę do opowiadania przygodnego starczy... Są podobno ładniejsze wysepki na morzu owym... piękniejsze widoki, plaże cudniejsze i ceny wyższe. Mnie tam starczy Ona - Skiathos, nie wiem czy życia także, żeby te inne odwiedzić. Są takie miejsca na tym świecie, w których będąc wracać się nie chce do miejsca kotwiczenia, a dech w piersi zapiera widok, zdarzenie bądź przyroda. Wiele razy się zdarzyło i trudno, a raczej po co, dyskutować co piękniejsze, co bardziej, co mocniej. 365 zachodów słońca, niby zawsze takich samych i co w tym takiego dlaczego poświęcić chociażby jedną literkę...a jednak. Nie mam zamiaru rozpatrywać, który był lepszy, lub bardziej w pamięć zapadł, niezależnie czy był dwie dekady temu czy podczas ostatnich wakacji, no bo przecież dziś też był i pewnie też piękny chociaż z perspektywy ulicy Miodowej i nieba w zachmurzeniu ciężko mieć jakieś zdanie. Płynęliśmy więc statkiem na modłę grecką pomalowanym na biało-niebiesko, podobnie jak większość rzeczy w tym kraju, w tym niektóre taksówki. Związek z barwami narodowymi reprezentowanymi na fladze nasuwa się po 5 sekundach bytności w ojczyźnie Homera. Trzeba też przyznać że to powszechne zestawienie wyjątkowo dobrze wygląda na tle soczystej zieleni drzew oliwnych i bieli wapiennych skał. Nie sposób się pomylić, gdzie jesteś nawet po cudownym przebudzeniu, z trwającej dekadę śpiączki lub wyjątkowo obficie zalewanej (zakrapianie jest stanowczo niewłaściwym słowem) wczorajszej kolacji. Rodzi się w głowie samoczynnie pomysł na przeniesienie takiej modły na własny ziomalski grunt...no bo gdyby tak chałupy pomalować na biało-czerwono, taksówki, meble, parasole, ogrodzenia...itd.??? Chyba...nie. Bylibyśmy największą imitacją reklamy coca-coli lub browaru Tyskie...słaby pomysł coś mi się zdaje. Stary statek, proszek IXI, duży diesel i pralka Frania
Płynąc mijamy wielki prom wzburzający morze na setki metrów. Piękny nowoczesny, szybki jak diabli i pewnie wypasiony. Gigantyczny dysonans na tym błogim morzu niebieskobiałości... bo wściekle czerwony z wywaloną na całą burtę reklamą Vodafone, niestety macki unii też tu dotarły, cholerna globalizacja. Człowiek płaci, chce coś innego zobaczyć, chłonąć, delektować się, zapisywać w pamięci a tu płynie taki z przeproszeniem globalista i to ze cztery razy szybciej i pewnie z kilkoma toaletami i klimatyzacją. A niech sobie płyną Ci wszyscy (na pochybel im) Europejczycy klasy A, w markowych koszulach, z kluczykami z gwiazdą w logo oraz Ci władający jedynie słusznym językiem na świecie. Wcale nie czuję się gorszy! Ja Europejczyk klasy ledwie B z cerą bladą i urodą do bólu słowiańską, za Rosjanina przez to brany przez tych o twarzach ogorzałych, włosach ciemnych i gęstych. Płyniemy sobie spokojnie, powoli już nikomu się nie chce gadać ani grać w karty, z którymi za dużo zachodu, bo nikt nie jest na tyle odważny ani głupi, żeby kartonik papieru ratować przed pewnym pobytem na dnie tego czystego, ciepłego, słonego jak diabli morza, a później zasuwać kolejnych kilka kilometrów do portu wpław. Płyniemy, cisza, spokój . Dobrze jest ...a nawet rewelacyjnie...no po prostu czad. Ja tutaj, gdzieś na Morzu Egejskim...płynę, popijam piwko z zielonej puszki. (0,33 świetny wynalazek na przechowywanie piwka w cieplejszym klimacie.. jeden Bóg raczy wiedzieć dlaczego zaniechany przez rodzime browary) Ani za ciepło, ani za chłodno dokładnie tak jak powinno być, połówka piwka jeszcze przede mną....słowem idealnie. Nic dodać, nic ująć. Wolno snujący się skalisty krajobraz na horyzoncie...diesel mruczący i wibrujący trochę tak jak stara poczciwa pralka Frania, na której krawędzi jako malec uwielbiałem opierać łokcie wprawiając w wibracje całe ciało. (taką mam jazdę z dzieciństwa a pisząc to ciągle czuje zapach proszku IXI), piwko, kumple i dzieci pod pokładem...raj! Nadszedł niespodziewanie... I właśnie w tym momencie nadszedł. Morze pociemniało, niebo zrobiło się zielonkawe, wiatr lekko ruszył, zrobiło się chłodniej (choć fanem gorąca jestem i jak kania dżdżu czekam na każdy upalny dzień , a auto bez klimatyzacji mam z premedytacją). Wszyscy odwrócili głowy prawo na burt, cisza zapadła....tylko miarowy pomruk silnika, szum wiatru...nawet helleniczno-discopolowa płyta skończyła się jak na zamówienie, czekając jak zdziczały kojot w blokach, na ponowne naciśnięcie „play”, aby znów zaatakować decybelami raz kolejny już dzisiaj. Spokój. Nikt nie gada. Może bardziej zmęczeni upalnym dniem niż kontemplujący, wpatrywaliśmy się w chowające się za horyzontem słońce. Super! Jako pierwszy wyjąłem aparat aby zjawisko uwiecznić. Tuż za mną poszła fala wszelakiego sprzętu, w pomarańczowym już świetle prezentując dumnie nazwę fabryki gdzie zostało stworzone cudo technologii cyfrowej oraz liczbę megapikseli matrycy jaką do każdego z tych pudełek zapakowano. Tak to był jeden z tych momentów gdy dech zapiera...niby nic... zwykły zachód słońca ale te okoliczności....bezcenne, a miejsce do ucieczki od wszystkiego ustalone i zawsze gdy spoglądam na tapetę na moim ekranie przez głowę przebiega mi myśl, że może jeszcze tam wrócę........?
|