| Wiosna idzie Panie...zima Zima nie da rady |
Jak zmierzyłem koniec zimy.Sobota 20 marca 2010. Dziś jest międzynarodowy Dzień Słońca. Słońce wzeszło o 5:43. Mój syn i jego drużyna trampkarzy najmłodszych zdobyli vice mistrzostwo Krakowa. Nawet o ósmej rano na Nowohuckiej był gigantyczny korek, ale zdążyłem. Nagotowałem właśnie cały gar sosu na imprezę mojej córki. Właśnie zaszło słońce. Dziś dzień trwał 12 godzin, a nawet nieco więcej... Już stąd wieje optymizmem. Zauważcie napisałem „dzień” trwał 12 godzin!. To tak jak z tą szklanką w połowie pełna czy raczej w połowie pustą. Niniejszym ogłaszam koniec zimy, gdyby jeszcze ktoś na to nie wpadł. Koniec definitywny, nieodwracalny. Mam na to dowody. Twarde dowody... I nie zawaham się ich użyć przeciwko Zimie. Tego pamiętnego roku astronomiczny koniec zimy wyjątkowo podle zsynchronizował się w czasie w jej końcem meteorologicznym. Popamiętamy sobie z pewnością. Uhhh...co to była za zima. Dramat. Wierzcie mi drodzy moi nie myślę jedynie o byłych warunkach pogodowych. Się nazbierało...co tam... Jeszcze jeden zbieg okoliczności mi się udał przypadkiem-niechcący. Tuż przed tym jak zasiadłem przed klawiaturą, „random”, wyciągnąłem płytę z półki, trafiło na Złotą Trójkę, czyli kolekcję największych przebojów listy „3” 1987-1991...bez oglądania okładki zapakowałem do „szufladki” iiiii....”Show Must Go On”... zaśpiewał do mnie z zaświatów Fredi Mercury. O tak!... show must go on... nie ma innego wyjścia. Dziś w namacalny sposób stwierdziłem zupełnie mierzalnie, iż zima się skończyła i raczej już nie wróci. Zadziwiająco się poskładało. Już kiedyś wspominałem jak to w samym środku apogeum zimy jeden taki przysposobiony australijczyk w samym środku ichniejszego kangurowego lata wysłał mi prognozę pogody z Brisbane gdzie mieszka, podczas gdy u nas za oknem hałdy śniegu i trzaskający mróz, a w domach jęki i złorzeczenia na kataklizm, jaki nas dotknął. Wysłałem mu wtedy kilka fotek zrobionych z ręki moimi komórkowymi 2mpx. Walnąłem kawałek ulicy Miodowej zawalonej po dachy aut śniegiem i wysłałem żeby na jakiś czas mógł wyłączyć klimatyzację bo od samego patrzenia ciary chodziły z zimna po plecach. Razu pewnego przy okazji innych fotek zgrałem na dysk i tak zostało. Wiele razy potem zastanawiałem się jak długo wytrzyma ta ... (tu miałem napisać pewne określenie kojarzone jednoznacznie ale użyję bardziej parlamentarnego) pryzma, zwał - ciemniejącego i szarzejącego z każdym dniem śniegu. Czasem już się zdawało, że zniknie, zczeźnie, spłynie, ale przybywała kolejna warstwa. Sądząc po pierwotnych rozmiarach i kompletnym braku zainteresowania ze strony służb oczyszczania miasta oceniałem, że żywota dokona na początku kwietnia. Ale nie! Zeszła była zgonem czarno-szarym, śmieciowo –szlamiastym właśnie dziś! To dziś odnotowałem jej zanik. Słowem pozostała po niej jeno mokra plama i nikt nie pofatygował się żeby zrobić obrys kredą na asfalcie. Zeszła „pryzma” a wraz z nią i Zima. Nie utopiłem Marzanny, bo rzek podobno nie wolno zaśmiecać, ale zrobiłem „potworze” pamiątkowe zdjęcie. Haa! Niech żyje Wiosna! Już zaczynam wyglądać pierwszych upałów, bo tęsknię za nimi. A na naszej szerokości geograficznej nie pamiętam, aby kiedykolwiek było mi za gorąco. Dziś tak naprawdę pierwszy raz poczułem ciepłe promyki na skórze.Ależ miłe to , zwłaszcza, że tak długo wyczekiwane. No, ale Pani Wiosno jeszcze dużo ma Pani do zrobienia, zatem do dzieła kwiecić łąki, liście rozwijać, ptakami śpiewać. Miłej roboty! Czego i sobie życzę właśnie do niej się udając. Piotrek Wiosenny „zdeka”
|
(0 głos)













