| Napisany przez Piotr Dziepak, z 01-12-2009 11:17 |
| Średnia ocena użytkownika |
(0 głos) |
|
| Opinie |
1802  |
|
|
|
Czyli jak zrobić z siebie herbacianego idiotę na równiku... Szaro – buro. Klasyczna zima w mieście. Tylko czekać aż na ulicach pojawią się zwały brązowego czegoś, będącego pierwotnie pięknym białym opadem. Potem tylko bezładną nadtopioną bryłą zalegającą na krawężnikach. Zaskorupiałe wykluczacze miejsc parkingowych, urywacze spojlerów, rysowacze lakierów. Ostańce zimowe czekające wiosny bardziej późnej niż wczesnej. Idę sobie ulicą Miodową. Bardziej powłóczę nogami. Wilgotny ziąb, włażący we wszelkie zakamarki odzienia. Idę do „biura”, zobaczyć co słychać na mailach, stronach i forach. Idę zaparzyć sobie herbaty. Jedyne rozsądne wyjście w taką pogodę i ten czas. Usiadłem przy barze nad kubkiem mojej ulubionej zielonej z miodem i cytryną. To na okoliczność odstraszania AH1N1, może mnie nie dopadnie dzięki temu, myślę. Patrzę na dymiący krążek słomkowego płynu i usiłuję przywołać w pamięci jakieś ciepłe wspomnienia. Tak. Ciepło, herbata - uśmiecham się nieśmiało do siebie na połączenie tych słów. Zdarzyło się AD 2008...
Luty był. Zima schyłkowa fatalna. Nie dość że widok za oknem nie zwiastował wiosny to jeszcze w życiu się pokomplikowało niedorzecznie. Było jednak światełko w tunelu. Bilet do raju. Tygodniowa przepustka do „gdzieindziej” i inaczej. Ważne, że będzie ciepło i słonecznie. „Jedyne” 15 godzin lotu. Dramat jak dla mnie, bo spać w tzw. środkach transportu nie potrafię i nie jest w stanie tego zmienić pełna reklamówka płynów ze strefy wolnocłowej. Nawet w środku nocy było ciepło...oj bardzo. Wszyscy w pośpiechu zdejmowali wszystko, co na sobie mieli. Nawet nie, to że 30 stopni...ale ta wilgotność powietrza. Zaraz jak, taszcząc bagaż, zamknęły się za nami drzwi klimatyzowanej hali lotniska w Colombo, wszyscy wydali niemal podobny dźwięk zupełnie nie do zacytowania. Cóż jesteśmy prawie na równiku, gdzie ma być ciepło jak nie tu? Na szczęście mieszkańcy Sri Lanki (kiedyś Ceylon) nie rozumieją po polsku, bo jeszcze gotowi sobie coś pomyśleć...że niby coś mamy do ich matek. Czekała nas jeszcze przydługawa podróż autobusem, jak dobrze policzyłem mniej więcej mija 36 godzina bez snu. Co tam gapiłem się przez szybę, starając się zapamiętać ile się dało. Inny świat. Azja! No ale miało być o herbacie Jak wiadomo wszem i nawet wobec Sri Lanka słynie na cały świat z herbaty. Pięknych plantacji tegoż ziela, pięknych lankijek ją zbierających itd. Się człowiek reklam w tv naoglądał. Powziąłem postanowienie: po pierwsze opiję się cudnej herbaty za wsze czasy, po drugie primo przywiozę sobie do kraju mego takiej prawdziwej,
superowskiej, rdzennej herbatki. Oj opiję i nakupię. Gdzieś zaraz na samym początku bytności, nacieszywszy się palmami na plaży, ciepłym oceanem, egzotyczną kuchnią, niebieskim niebem i gorącem, spaleni aż nadto słoneczkiem blisko zenitu ruszyliśmy w miasto. Wieczorową porą wynajętymi tuk-tukami, czyli jedynym słusznym środkiem transportu zbiorowego w tej części świata ruszyliśmy „w miasto”. I nie myślcie sobie, że na każdym rogu roi się od sklepów z herbatą. Oj nie. Specjalistycznego sklepiku, straganu chociażby nie widziałem pomimo poszukiwań. Traktują tam bowiem herbatę jako rzecz normalną. Owszem produkt eksportowy, źródło dewiz, pracy, ale nie jako przedmiot jakiegoś szczególnego kultu. Zasadniczo nie ma się co dziwić wszak w Krakowie nie na każdym rogu można kupić laleczkę krakowiankę lub wawelskiego smoka w podobiźnie. Siłą rzeczy zaglądnąłem wreszcie do czegoś w rodzaju lankijsiej „biedronki”...takie tam szwarc, mydło i dziwaczne warzywa, których w większości nie potrafiłem nawet nazwać. Znalazłem półkę z herbatą, stoję, rozglądam się ...górna półka, środkowa, dolna...zaraz zaraz ...ja tu chciałem kupić tutejszą herbatę...Lanka Lanka Tea Orginal. Półka jak w za przeproszeniem w Tesco lub innej Żabce. Znane marki na L na D na T ...no przecież nie kupię i chwalił się będę jakąś herbatą którą można kupić w każdym bez mała sklepie. Namierzyłem jakiegoś młodego gościa, który na półkach układał towar i walę „czy może mi pomóc”. Ten z wielkim uśmiechem i rozdziawioną gębą pełną snieżnobiałych zębów mówi Yes Sir...hał ken aj help ju...ser? No to ciągnę go do półki z herbatą i walę nienaganną angielszczyzną żeby z łaski swojej wskazał mi z tych tu na półce herbat taką, która urosła, została zebrana i zapakowana TU na Sri Lance, bo chcę prezent zrobić znajomym. Nie musiałem raczej dodawać, że nie jestem tutejszy.
Chłopak zamarł. Przyglądał mi się nieśmiało dłuższą chwilę. Zerknął na półkę, na mnie, znów na półkę i znów na mnie, jakby szukając na mojej twarzy lub to przejawów obłędu bądź oznak że żartuję. Po czym ze stoickim spokojem odparł, że wszystkie, wszystkie „Sir” pochodzą ze Sri Lanki. No tym razem to mnie gość wprasował w beton posadzki. No zrównał mnie z ziemią. O ja durny, blady...podpieczony równikowym słońcem matoł! Stałem jak wryty przed półką z herbatą i myślałem cicho i bardzo brzydko o własnym durnoctwie. Tak. Nie ma jak to zrobić z siebie międzykontynentalnego herbacianego idiotę. Ignoranta z północy. Czarną tabakę w rogu ...na równiku. Sklep opuściłem czym prędzej, zakupiwszy najzwyklejszą herbatę w zielonej folijce z najniższej półki „lankijskiej biedronki”. Wcale nie dlatego, że była tania...o nie. Zyskałem jednak pewność, że z dużą dozą prawdopodobieństwa nie uda się jej kupić w najbliższym markecie w Polsce. Cóż morał z tego taki, że trzeba czytać etykietki nawet na równiku, a może zwłaszcza tam, żeby przypadkiem nie zrobić z siebie idioty. E tam przynajmniej mam co opowiadać nad filiżanką herbaty ze Sri Lanki.
|