Shrek w Mac'u
Dziś popiszę trochę inaczej. Chciałam się z Wami podzielić moimi wczorajszymi po-McDonald’sowymi lubelskimi odczuciami. Dawno nie byłam w tej zglobalizowanej pachnącej komercją krainie jedzeniowej rozpusty… bo mnie to po prostu nie kręci. Postanowiłam więc udać się tam po… kalorie, bo po cóż innego idzie się do Mac’a? (przecież małe frytKee mają 250 kcal). Ustaliliśmy z Kamem, że testujemy Mac-menu i nie dublujemy zamówień. Wybrałam więc Happy Meal. Nie na darmo pisał Gombrowicz, że człowiek jest „dzieckiem podszyty” ;) W moim domq znalazł się Snack Wrap, Zakręcone Frytki, Shake Truskawkowy i Zielone Jabłko. Kam testował McWrapa z wołowiną, Standardowe Frytki i wielką Colę. To oczywiście nie był pełen przekrój Mac’owego menu, ale mieliśmy namiastkę kalorycznych bomb zapakowanych w kolorową reklamę… Albo byliśmy naprawdę głodni, albo nam rzeczywiście smakowało.
Przypomniały mi się czasy wojażowania po Stanach i Kanadzie, kiedy to jedynym źródłem pożywienia mógł być Fast Food’owy lokal, bożyszcze północnoamerykańskiego narodu. Jak dobrze, że u nas są zajazdy, karczmy, restauracje, bary i można testować „zdrowe jedzenie”… Jak dobrze, że w Happy Meal mają zabawkę. Z dziecięcą radością rozpakowałam przystojnego skądinąd Shreka i była to zapowiedź wieczornego seansu z ogrem i osłem ;) Kalorie śmiechem spalone!








