Fetowanie w tra(n)sie
Urodzinkowy dzień niepodległościowy, czyli 11 listopada, zainaugurował jubileuszowy long weekend. Zamiast jednodniowego świętowania skończyło się na kilkudniowym fetowaniu pierwszej w życiu „ćwiartKee” ;) I oczywiście, z uwagi na moje turystyczne ADHD akcja nie mogła toczyć się w jednym miejscu tylko przenosiła się z punktu do punktu, z kraju do kraju. No cóż poradzić na ruchliwość natury mej… Po prostu kocham wojaże! A najgorsze w tej mojej „aktywnościowo-tripowej chorobie” jest to, że jest nieuleczalna ;D
Urodzinowa przygoda zaczęła się już we wtorek! w Krakowie, by w strugach wieczornego deszczu i morzu mgieł przenieść się w Sudety. Już jako dwudziestopięciolatka otworzyłam swe ślepia w…Szklarskiej Porębie, a potem wodziłam oczami po Czechach i Niemczech. Zdobyliśmy ostatni Trójstyk, wszystkie sześć padło naszym łupem! Był obiadowy czeski Decin i klimatyczne deserowe Drezno. Wrażeń i smaków całe apetyczne mnóstwo! Czwartek był już iście polski, bo spłynął na plądrowaniu Dolnego Śląska. Ze Zgorzelca przez liczne miasta i miasteczka dotarliśmy aż do Małyszowej Wisły, by piątek znów trójnarodowym dniem uczynić. Przez ośnieżoną ojczyznę i jesienne Czechy pedałowaliśmy do sąsiadów, którzy korony na Euro zamienili. Obowiązkowa wizyta w Tatrach Słowackich połączona z tradycyjną konsumpcją u Starej Mamy i znów w góry – Beskidy i Wierchomla. Syjamskie urodziny T-sistars w domq pełnym znajomych istot i sobotnie pieczenie świniaka w Bacówce to już reguła wierchomlańskich weekendów urodzinowych. Wszak tak każe T-obyczaj! ;) Niedziela poniekąd uzdrowiskowa, bo atmosferą Krynicy przesiąknięta przyprawiona retro stylem Babci Maliny na Górze Parkowej. Klamrą spinającą całość był krakowsKee azyl. Kilometrów i zdjęć już nie liczę, ale wciąż próbuję ogarnąć myślami wszystkie wspomnienia sześćiu barwnych urodzinowych dni… A uwierzcie mi, że łatwo nie jest!










